Zdjęcia wyrwane z kontekstu

In Przekrój

Urywki. Ułamki. Pojedyncze puzzle składające się w całość, najczęściej po czasie. Drobnostki. Z dziwnych powodów, mocno zapadające w pamięć, powracające w najmniej oczekiwanych momentach. Czasami sama już nie wiem, czy to sen, czy rzeczywistość. Jestem zlepkiem takich niuansów. Szukam ich w spojrzeniach w metrze, wpadam na nie na ulicach. Swobodne atomy rozproszone w czasoprzestrzeni. Czy poza mną miałyby rację bytu?

Kamil

To było kilka lat temu. Mieszkałam wtedy w innej części miasta, a mój pies stawiał dopiero swoje pierwsze warszawskie kroki. Kilka dni spacerów o różnych porach dnia i znasz już wszystkie psy z sąsiedztwa, a z nimi ich właścicieli. Nie wiem, dlaczego spośród tej grupy, właśnie ten chłopiec najbardziej zapadł mi w pamięć już od samego początku. Może dlatego, że trochę przypominał z wyglądu mojego brata (są chyba z resztą w tym samym wieku), a może w półsłówkach zamienianych na skwerku, najczęściej o psach, bo chłopiec miał również szczeniaka, kryło się coś więcej. Podprogowy przekaz, dostępny tylko dla wybranych.

Mam tę (czasami upierdliwą) zdolność, że z rozmowy potrafię wyłapać szczegóły, przez które wiem, co rozmówca chciał ukryć, ale jest już na to za późno. Jedno zdanie wypowiedziane w zupełnie innym kontekście, a w głowie zapala się lampka. I chociaż to w danym momencie nic nieznaczący detal, przypuszczenie jeszcze nie do końca wiadomo czego, najczęściej w niedalekiej przyszłości zmaterializuje się, a ja mogę z ulgą przybić piątkę swojemu wewnętrznemu detektywowi (oboje wtedy w myślach krzyczymy zachwyceni: „Wiedziałam!”).

„Wiedziałam”, że w domu chłopca nie jest najlepiej, kiedy pierwszy raz wspomniał coś o mamie. Później o braku swojego pokoju. Kiedy zobaczyłam go na ulicy z ojcem, bardzo mu już współczułam. W 100% wiedziałam, że miałam rację, kiedy pewnego razu to ojciec wyszedł ze szczeniakiem na spacer i w pewnym momencie zaczął go bić. (Moja druga, autentycznie upierdliwa zdolność jest taka, że takie widoki zachowuję w pamięci w jakości HD i za nic nie jestem w stanie zepchnąć ich do tej części umysłu, gdzie „zaraz sobie przypomnę, mam to na końcu języka…”).

Niedługo potem chłopiec się wyprowadził. Myślałam czasami co u niego, czy nadal ma psa (z tyłu głowy wątpiłam). Spotkałam go w zeszłą sobotę w windzie w moim bloku. Otumaniona, nie zdążyłam się odezwać. Ktoś wepchnął mnie do środka i zanim zorientowałam się kim jest ta znajoma twarz, jechałam już do góry. Winda w moim bloku rządzi się swoimi prawami i raz wciśnięty guzik piętra wyznacza kolejność bardzo powolnej jazdy. Tu nie ma możliwości pomyłki, drugiej szansy. Z resztą, co niby miałabym powiedzieć (poza tym, był z matką, a ponadto może mnie przecież nie pamiętać). Ta niewiarygodnie długa podróż na piąte piętro przyniosła mi ogromną ulgę, zrzuciła jakiś ciężar.
Myślę, że u Kamila wszystko jest w porządku.

Zdjęcia, których nie zrobiłam

1. Rumunia

Dzikość całej Transylwanii jest niczym, w porównaniu do dzikości w oczach tej kobiety. Stoimy na dworcu autobusowym małego miasteczka, jest początek maja i w słońcu można przyjemnie już ogrzać policzek. Mieszkańcy, głównie stare kobiety opatulone chustami i w mnóstwie warstw spódnic, narzutek i płaszczów, czekają z upchanymi do granic możliwości ruskimi torbami. Gdzie jadą? Co mają w tych bazarowych torbach? Czy ten mały autobus (o ile przyjedzie) pomieści nas wszystkich?
Co jakiś czas dopływa mnie słodki, kojący zapach bzu. Cyganka z kruczoczarnym warkoczem do pasa mija mnie z wózkiem kipiącym fioletowymi kwiatami, jedzie je sprzedawać. Czekanie trwa wieczność. Autobus jednak nie przyjedzie, ale ponoć niedługo mają podstawić następny. Po kolejnej godzinie i obfotografowaniu wszystkiego, co ciekawe, przerzucam wzrok na biegające po placu dworca dzieciaki. Szybko zauważam, że są do siebie bardzo podobne, muszą więc być rodzeństwem, a różnica wieku między nimi jest niewielka. One zauważają mnie jeszcze szybciej. Chowam w pośpiechu aparat i spuszczam wzrok. Czuję, że jeszcze jedno zdjęcie i może być nieprzyjemnie.

I wtedy wchodzi ona. Bosa, w podartej sukience, brudna na twarzy, z włosami jak z teledysków z lat 80-tych: jeden wielki tapir, zlepek lakierów do włosów, z tym że autentyczny, niestworzony ludzką ręką (ten włos z pewnością od dawna nie był tknięty ludzką ręką, ani szczotką). W ustach trzyma papierosa, z piersi zwisa jej maleńkie dziecko. Biegająca gromada podbiega do matki. Dziewczyna na oko musi mieć tyle lat, co ja.

2. Kuba

Jadę autobusem do popularnego wakacyjnego kurortu. Dałam się namówić pani w biurze podróży: „to tylko dwie noce w roku, a może i w twoim życiu, czymże więc jest te 430 dolarów??”.  Wbrew pozorom, absolutnie nie żałuję tej decyzji. Dzięki temu wiem już, że wakacje w takich miejscach nie są dla mnie i do końca życia nie będą mnie kusiły. W pewnym sensie jestem tej kobiecie nawet wdzięczna (a poza tym na bajecznej plaży znalazłam muszlę wielkości głowy i mam ją teraz na nocnej szafce).
Autobusy na Kubie dzielą się na dwa rodzaje: te, kursujące pomiędzy miastami, są powolne, ociężałe i zmęczone. Jadą, ale wcale nie chcą. Zatrzymują się przy sprzedawcach mrożonego soku z mango, psują się w połowie drogi, klimatyzacja nie działa, a kierowca pali śmierdzące cygaro. Autobus wiozący turystów do hoteli ma obsługę w białych koszulach, robi przystanek na eleganckim postoju, a po pustych autostradach sunie niczym uteogallus gundlachii, kubański czarny orzeł. Jadąc takim autobusem szczęśliwy turysta ma sporo czasu na kontemplacje mijanych krajobrazów. Kontempluję i ja.

Jedziemy wzdłuż wybrzeża. Cieszę się, że siedzę po stronie oceanu, chociaż z drugiej strony widok na las tropikalny też nie jest zły. Na horyzoncie powoli zachodzi słońce. Miękkie promienie opadają łagodnie na ziemię. W takim świetle wszystko wydaje się być doskonałe. Ostre światło wypukla wszystko- brudne fasady, zżółknięte, niegdyś białe ściany, mozolnie zakrywane pryszcze.
Mijamy małe miasteczko, jedziemy teraz mostem nad wijącą się rzeczką. Za chwilę i na chwilę tylko przeniosę się do fabryki fototapet. Przede mną, w idealnej symetrii, po prawej i lewej stronie rosną prawie że identyczne palmy. Są ramą obrazu. Pomiędzy nimi do oceanu wpływa mała rzeczka, a na środku sceny, Kubańczyk w kowbojskim kapeluszu, poi konia. Widzę tylko ich sylwetki, bo słońce jest z tyłu; czarne, ale wyraźne kształty na tle złotego oceanu.

Kierowca krzyczy, że dojeżdżamy do Varadero!

Żebyście nieco wczuli się w klimat, załączyłam tu zdjęcia całkowicie odbiegające od opisywanych historii. Są wyrwane z kontekstu, właśnie jak te pojedyncze obrazy tkwiące w mojej głowie. Klisza nadaje się wyśmienicie do ich utrwalania.

  • „zdjęcia, których nie zrobiłam” to genialny pomysł, winszuję. każdy z nas pewnie takie ma i historia o tym co i dlaczego (i dlaczego nie) jest w sumie ciekawsza niż dlaczego się zrobiło zdjęcie. dobry wpis, tak w ogóle i w szczególe!

Scroll Up
Inline
Inline