Polski Bałtyk ukochany – Władysławowo

In Podróże, Polska

Nasze piękne morze. Lasy sosnowe tylko tam pachną najmocniej. Piasku zazdroszczą nam sami Sycylijczycy (potwierdzone info), a frytki jedzone w smażalni smakują lepiej niż w Belgii. Chociaż na ogół wtedy, kiedy masz urlop, pada, ceny za jakość jedzenia wydają się wręcz absurdalne, a miejsca na ręcznik coraz mniej, i tak wracasz co roku.

To nie będzie wpis o atrakcjach Władysławowa. To moja mała tęsknota za zawsze zbyt krótkim pobytem, sezonami przepracowanymi nad morzem, przyjaźniach od maja do września i niespełnionymi marzeniami. To tylko przypadek, że tym razem przyszło mi spędzić te kilka dni we Władysławowie. Dokładne miejsce akcji jest tutaj nieważne. Liczy się tylko główny bohater: Bałtyk.

Jeśli gdzieś nie czuję się obco, to właśnie w małych miejscowościach nad Bałtykiem. Mogę spędzać lato nad ciepłym i przejrzystym Morzem Śródziemnym, gdzie woda jest tak czysta, że widzę odrastające na nogach włoski i czuję się wspaniale pływając w jego wodach, ale wiem, że nie jestem u siebie. Dwa lata mieszkałam nad Morzem Północnym i owszem, na plaży spędzałam każdą wolną chwilę, ale brakowało mi widoku lasu. Plaże z hotelami i wieżowcami są dla mnie brzydkie i nienaturalne. Odpychające. A ja uwielbiam ten moment, kiedy idąc nad Bałtyk najpierw widzisz sosny i charakterystycznie niebieskie niebo, a potem wyłania się morze. Albo kiedy jest sztorm i jeszcze nic nie widać, tylko słychać huk zza drzew, po czym dobiegasz do skarpy i widzisz fale, szarość i wzburzenie. Las nad Bałtykiem jest jak kurtyna, za którą wiesz, co zastaniesz, a mimo tego zawsze czujesz się mile zaskoczony. 

I te drobne muszelki, kruche i wiecznie połamane. Z każdej plaży na jakiej byłam przywożę muszle – niektóre są nawet większe od dłoni (jak ta kubańska), inne grube i ciężkie (takie znajdywałam nad Morzem Czarnym). Z Bałtyku też. Mam ich pełno w wazonach, doniczkach. Walają się po kieszeniach plecaków. Obklejam nimi ramki na zdjęcia.

Najbardziej lubię moment tuż przed i tuż po sezonie. W maju, kiedy wieczory są jeszcze chłodne, a na deptakach słychać głównie niemiecki, budki z zapiekankami są jeszcze zabite deskami. We wrześniu babie lato zawisa w powietrzu i czuć koniec: koniec lata, koniec sezonu, koniec przyjemności. Jeśli spędzałam lato pracując w sezonie, dla mnie wrzesień oznaczał jeszcze jedno: koniec wolności. Ta praca za małe pieniądze, często na czarno i bez dnia urlopu była moim wyborem. Praca od września do maja kolejnego roku- koniecznością. Dziś mając wybór, też wolę pracę sezonową i nigdzie nie umiem zaczepić się na dłużej. Jestem wiecznym studentem w tej dziedzinie i nie pytajcie ile mam już pozycji w CV.

Dopóki sama nie mam dzieci ciągnących mnie za rękawy po kolejną zabawkę z maszyny albo męża wbijającego parawan w piasek, całe to januszowo – brajankowe towarzystwo nawet mi specjalnie nie przeszkadza. Jestem ja, moje myśli i morze. Nawet jeśli mam cały metr kwadratowy przestrzeni dla siebie, a obok poupychane siedzą całe rodziny, brzuchaci panowie i głośne panie z fałdkami, zupełnie ich nie słyszę. Po prostu sobie siedzę i jestem. Nie umiem czytać na plaży – próbuję, ale nigdy nie udało mi się skończyć żadnej książki. Muzyki też nie słucham, bo i po co. Tylko niech ten mój pies przestanie już szczekać na fale, bo oszaleję.

Byliście kiedyś w tych wioskach – kurortach w październiku? Jaki tam jest spokój. Jeśli globalne ocieplenie jednak obejdzie się z nami łaskawie, bo wszyscy ci mądrzy naukowcy się mylili, to z pewnością teleportuję się tam na emeryturkę. W maju gdzieś tam wyjadę, wrócę końcem września… Wspaniały to czas: sklepiki z pamiątkami wyprzedają towary za grosze, gokarty znikają w piwnicach, wyjeżdżają ostatni pracownicy sezonowi i zostaje jeden sklepik u pani Eli, zaopatrzony we wszystko. Plaże szersze i jakby dziksze, ulice bez korków, lasy pełne grzybów.

Fajnie sobie kiedyś żyłam, bardzo lubię ten czas. I nie płaczę z rozpaczy, że już minął. Właśnie tego nauczyła mnie sezonowość.

Scroll Up
Inline
Inline