Sycylijski wywczas

In Podróże, Włochy

Wpatruję się w odległy horyzont, głęboko pogrążona w myślach. Próbuję odwrócić uwagę od szumu silników i komunikatów słyszanych setki razy. Latanie zbrzydło mi okropnie. Choć ciało oderwało się już od ziemi, głowa została gdzieś w tyle. Jeszcze chwila i wiem, że kiedy widok z okna zmieni się w blu dipinto di blu, a płuca wypełni ciepłe i duszne powietrze, rozpocznie się nasz coroczny sycylijski wywczas.

O tak, położenie lotniska w Palermo wynagradza wszelkie podróżnicze trudy.

Jest siódma rano. Budzę się z oporem, przytłoczona ciężkim, wilgotnym powietrzem, słońcem wdzierającym się przez wiekowe markizy i dźwiękiem kroków na korytarzu. Sycylijskie letnie noce nadają się do wszystkiego, tylko nie do spania. Dzień dawno już się rozpoczął, gęsta i czarna kawa leje się już od świtu. Jeszcze chwila i sama poczuję jej gorycz, koniecznie przełamaną słodkim ciastkiem z pistacjowym kremem. Te ciastka i ciasteczka śnią mi się po nocach. Czekam na nie cierpliwie cały rok. Odmawiam sobie wielu w życiu przyjemności, ale te kilka dni pod śródziemnomorskim słońcem wyrwane są z wszelkich postów i obostrzeń. Wywczas rządzi się w końcu swoimi prawami.

Mam to szczęście, że mogę poznawać wyspę z  punktu widzenia, który pewnie dla wielu wyda się podróżniczym spełnieniem marzeń. W Marsali jestem już bowiem turystką tylko na pół gwizdka. Czasami zdradza mnie jeszcze blada skóra, blond czupryna i aparat zawieszony na ramieniu, ale wiem już, które miejsca i o jakiej porze należy odwiedzać, a których z pewnością unikać, jak, w miejscowym akcencie – a sycylijskie akcenty zmieniają się od miasta do miasta, zapytać starszyznę o zdrowie, a przede wszystkim gdzie udać się na najlepsze sycylijskie ciastko. W tym przypadku nie ma bowiem miejsca na bar na pół gwizdka.

Każdy, kto choć raz przebywał we Włoszech wie, że słowo bar nie oznacza tu miejsca otwartego od godzin popołudniowych,  z alkoholowym zapleczem i preclami serwowanymi do piwa. Włoski bar to miejsce, do którego chodzi się na śniadania. Otwarte od wczesnych godzin porannych, bielą koszul baristów i zapachem świeżo pieczonych ciastek z pasta sfoglia zapraszają na czarną jak Etna kawę pitą w biegu i na stojąco. Dobry bar otwarty będzie do późna (w lecie nawet do północy i dłużej), w ciągu dnia zmieniając asortyment. Miejsce cornetti zajmą teraz nadziewane delikatną jak chmurka owczą ricottą cannoli, cassaty pełne owczego sera i kandyzowanych owoców (chyba najsłodsze jakie ma do zaoferowania Sycylia), czy pękate i sycące migdałowe ciastka. Lady wypełnią także świeże lody i warstwowe lodowe torty.

Ja jednak od lat wierna jestem jednemu specjalnemu deserowi, pochodzącemu z tej części wyspy absolutu wśród słodyczy (według mojej własnej opinii). La torta setteveli, deser znany także jako torta settestrati, czyli siedem warstw, lub – w dosłownym tłumaczeniu, siedem, cieniutkich jak papier welonów czekolady. Miękki biszkoptowy spód pokrywają warstwy chrupkiej praliny, orzechowego kremu bawarskiegi i musu czekoladowego (w różnych kombinacjach), a całość oblewa gorzka, lustrzana polewa z chrupkimi, karmelizowanymi migdałami. Setteveli jest wśród Sycylijczyków deserem na specjalne okazje – urodziny i rocznice ślubu. Swój pobyt na wyspie, szczególnie tak krótki jak tegoroczny, traktuję więc jak święto, a świętować w Marsali należy tylko i wyłącznie w  barze Vito.

Kolejne poranki nie należą do łatwiejszych. Z doświadczenia wiem, że potrzeba przynajmniej tygodnia, żeby przyzwyczaić, a może wręcz zmusić ciało do snu. Tym razem jednak nie mam tak dużo czasu. Zanim słońce rozgrzeje ziemię, powietrze i wodę – a więc swoją siłą poskromi żywioły materialne i nienamacalne, kierujemy się na wysunięty najbardziej na zachód sycylijski cypel, Lilibeo (z greckiego Lilýbaion oznacza “spoglądając na Libię”). W linii prostej jest stąd już bardzo blisko do Afryki, a ponoć w bezmgliste dni na horyzoncie widać Tunezję. Dziś jednak to nie Afryka, a Favignana widnieje na pierwszym planie. Nierzeczywistą ciszę zakłóca tylko szmer wody. Słońce oświetla już równo oba skaliste wierzchołki wyspy, choć w miejscu, w którym stoję jest jeszcze trochę cienia. Nie minie jednak wiele, zanim poczuję na plecach pierwsze palące promienie, a niebo przybierze oślepiająco biały kolor. Kiedy mgła zasnuwa widok, czar pryska. Przechodzimy potem bulwarem w kierunku miasta. Ulubiony spacer to droga nad samym morzem, skąd rozciąga się jeszcze rozleglejszy widok, a myśli wędrują ku Afryce i dzielących nas wyspach.

Jest sobota, błądzimy po jasnych, kamiennych uliczkach, pijemy jakąś kawę. Przed południem nie ma tu jeszcze nikogo, za to wieczorami ulice dosłownie pękają w szwach. Centralny plac przy katedrze Chiesa Madre zapełnia się wtedy staruszkami oblepiającymi schody katedry i lokalny klub seniora. Siedzą w grupkach, palą grube cygara lub popijają czerwone, ciężkie sycylijskie wino. Kobiety rzadko kiedy przesiadują na placach. Otoczone ciżmą wnuków nawet podczas spaceru mają ręce pełne roboty. Koniecznie w sukienkach, koturnach i z wysoko podniesioną głową, z typową dla Sycylii godnością i uprzejmością odwracają wzrok, kiedy wpatruje się w nie o sekundę zbyt długo.

W takich właśnie chwilach żałuję, że nie jestem malarzem, że nie mogę zatrzymać wyrazu twarzy tych ludzi, wydobyć z nich tego wszystkiego, co w nich jest wiecznie człowiecze i naszkicować tego, co jest przelotne […] ¹

Marsala to miasto z historią starą jak świat, a sucha i skalista ziemia co rusz wyrzuca z siebie pamiątki po minionych czasach. Rzymskie i arabskie pozostałości są tu powszechnymi znaleziskami, a pomiędzy współczesnymi blokami mieszkalnymi integralną dziś częścią miasta są fenickie katakumby, czy cmentarze z poprzednich epok. Mieszkańcy nie przywiązują do nich jednak wielkiej wagi. Nie ma tu barierek, turystów, czy biletów wstępu. Przestaje mnie to dziwić kiedy zdaję sobie sprawę, że miasto samo w sobie jest jednym wielkim archeologicznym wykopaliskiem. Z tą jednak różnicą, że dawne konstrukcje często służą po dzień dzisiejszy. Jednym z takich miejsc są groble w miejscowości Spagnola, podmiejskiej dzielnicy miasta. I choć nie jeżdżą już po nich rydwany (groble pierwotnie łączyły ląd z antyczną wyspą Mozią), konstrukcje te nadal używane są przez rybaków. Posłużą im pewnie jeszcze przez wiele przyszłych pokoleń.

Ospała za dnia Spagnola, wieczorami i o świcie pęka w szwach – choć są to głównie tłumy mieszkańców. Nie ma tu plaż, jest za to sporo wiejącego od Afryki scirocco, dlatego okolicę upodobali sobie również kitesurferzy. Morze w tej części wyspy jest płytkie i słone, lecz woda jest zbyt ciepła, aby w upalny dzień znaleźć w niej ukojenie. Tego poranka, pomimo bardzo wczesnej pory, nie byliśmy jedynymi odwiedzającymi to miejsce –“W tej wodzie można by ugotować makaron!” – zauważa dzieciak, ostrożnie wchodząc do morza. Jego dziadek w zakasanych po uda spodniach zbiera coś z wody – być może cozze na niedzielny obiad? Nigdy się tego nie dowiemy.

Przy wyjeździe ze Spagnoli (a odkąd wybudowano tu nową drogę rowerową, a ulicę zmieniono na jednokierunkową, nie da się zawrócić i skrócić drogi), postanawiamy zatrzymać się w przydrożnym warzywniaku, aby zaopatrzyć się jeszcze w najsłodsze o tej porze żółte melony, wielkie jak koła od roweru arbuzy, zamknięte w kolczastej skorupie soczyste owoce opuncji i lokalne figi. Sprzedawca zaklina, że są tak słodkie, że trzeba je jeść w całości, ze skórą. Torba pęka w szwach, sok cieknie po łokcie. Bilans zakupów? Szczęście wycenione na 6 euro 20.

Dzień tak szczęśliwy.

Mgła opadła wcześnie […] ²

I tak dobiega końca nasz prawdziwy sycylijski wywczas.

¹ Jarosław Iwaszkiewicz “Książka o Sycylii”

² Czesław Miłosz “Dar”

Scroll Up
Inline
Inline