Seria fortunnych zdarzeń / Liverpool

In Podróże

Przez długi czas wydawało mi się, że europejskie miasta nie mogą być już w żaden sposób zaskakujące. W końcu nawet jeśli zupełnie różne od siebie (przecież nie ma co porównywać Rzymu z Warszawą, na przykład), to przewidywalne: podobne budownictwo, rozkład ulic, a w 2019 sklepy, kawiarnie i główne place po prostu te same. Z tego powodu przestałam jakoś specjalnie przygotowywać się przed podróżami. Wcześniej przeglądałam masę zdjęć (tych dobrych, żeby spróbować samej zrobić przynajmniej podobne), czytałam wiele blogów, zaglądałam na yt, a czasami miejsce pochłaniało mnie na tyle (to wszystko dzieje się przed wyjazdem, jeszcze w domu), że wsiąkałam w stertę książek poświęconych danemu krajowi.

W efekcie, podczas pobytu w nowym mieście, cisnęła mnie wewnętrzna presja o odwiedzenie ABSOLUTNIE KAŻDEJ pozycji z listy, zahaczenie o wszystkie z dostępnych punktów widokowych, przywiezienie udanych zdjęć (z powszechnie powielanych miejsc, co dopiero jest stresujące!). Co więcej, nawet jeśli pozostał jakiś efekt zaskoczenia (bo przynajmniej uczucia, całego doświadczenia z bycia w nieznanym miejscu nie da się przewidzieć, nieważne, ile zdjęć i filmów wcześniej obejrzeliśmy), to niespodzianek było niewiele. Wiedziałam czego oczekiwać, jak wyglądają miejsca, które odwiedzę, wiedziałam gdzie pójdę i co zrobię.

Kiedy człowiek-spontan zmienił się w człowieka-plan? 

To chyba u Terzaniego przeczytałam, że nie jestem swoimi myślami. Kiedy głowa każe pędzić i nadrabiać dystans między samą sobą, a kimś, kogo uważam za lepszego, nie zostaje już czasu i miejsca na bycie, na doświadczanie. Na esencję.

(I tu ciśnie mi się do głowy kolejny klasyk: „Po co? Po co? Po co? Po co?”)

Seria fortunnych Zdarzeń

Nigdy nie wiesz kogo poznasz, kiedy odezwiesz się do nieznajomego. W 2017 dodałabym jeszcze: nigdy nie wiesz kogo poznasz, kiedy zagadasz w internecie. Przypadkowo poznany człowiek może okazać się nikim ważnym, a może nawet zostanie świadkiem na twoim ślubie. Później postanowicie zrobić coś wspólnie i okaże się, że przypadkowo wybrane daty podróży (a właściwie zadecydował tu wizzair ze swoimi jesiennymi promocjami)  zbiegną się z w czasie z super-ważnym wydarzeniem (o którym nie mogę jeszcze mówić zbyt głośno), i nagle okazuje się, że jesteś w odpowiednim miejscu i czasie.

Przypadkowo, już w zeszłym miesiącu, bez większych namysłów (i z zerową wiedzą) kupuję starego, wysłużonego Pentaxa na klisze. Dawno nie miałam testu z cierpliwości. Z tego typu sprzętem nie ma jak podejrzeć efektu, a ilość miejsca na kliszy ograniczona – robić więc następne ujęcie, bo może poprzednie nie wyszło, czy poczekać na kolejny ciekawy moment? Iść w polecane na setkach blogów miejsce, czy dać się ponieść chwili i posiedzieć z kawą? Zobaczyć obowiązkowe must see, czy pogadać z dziwakiem, z którym PRZYPADKOWO mam masę wspólnego?!

Przypadkowo również termin wyborów zbiegł się z moim pobytem w Liverpoolu, a najbliższy okręg wyborczy znajdował się w Manchesterze. A więc jedziemy również do Manchesteru!

Wszystkie te przypadki są dla mnie czymś więcej niż niezależnymi ode mnie wydarzeniami. Składają się w pewną całość, a ja po raz pierwszy nie buntuję się im, w imię komfortu. Chociaż dla wielu moje życie może wydawać się maksymalnie niestabilne, od jakiegoś czasu mnie samej było już trochę za ciasno, za wygodnie, wszystko wydawało się zbyt poukładane. Być może wystarczy więc kupić aparat na kliszę, żeby znów rozwinąć skrzydła?

Wszystkie zamieszczone tu czarno – białe zdjęcia zrobiłam nowym/starym Pentaxem. Są z Liverpoolu, Manchesteru i znad Morza Irlandzkiego. Podwójnie stresujące było to doświadczenie, bo nie dość, że nie mogłam podejrzeć zdjęć na chwilę po zrobieniu, to jeszcze wywołanie filmów w labie trwało całe 3 dni. A kiedy trzeciego dnia stawiłam się po negatywy w godzinie otwarcia studia, okazało się, że te będą gotowe na 16:00!  Ale jestem całkiem zadowolona z efektów. Te dwie testowe (bo tak je traktuję) klisze, zapisały kilka perełek. A zdjęcia, które nie wyszły, pozwoliły mi zrozumieć dlaczego nie wyszły. Kolejne więc będą już tylko lepsze.

(Obawiam się, że mocno nadwyrężę waszą wyobraźnię, dlatego poniżej dodaje zdjęcia z „normalnego” aparatu. )


Sam pobyt w Liverpoolu z przystankiem w Manchesterze traktuję jako początek, a nie koniec przygody z tymi miejscami. Te fascynujące miasta zasługują na nieco więcej uwagi niż wizyta w muzeum Beatelsów i w chińskiej dzielnicy (o których nota bene nie wiedziałam, z czego nadal się cieszę!). Mnie zachwycił ich industrialny, ciężki charakter, przykryty obowiązkową chmurą deszczu i szarej mgły, a jednocześnie wplątany w to powszechny brytyjski humor (żartobliwe billboardy na temat Brexitu, sarkastyczne gry słówek na reklamach, czy cukierkowy food truck rodem z filmów Wesa Andersona na tle post industrialnej fabryki). Post-fabryczne budynki z ciemnej cegły to dziś najmodniejsze miejsca na wieczór, a w starym kościele (z oryginalnymi freskami i rzeźbami na ołtarzu) znajdziemy absolutnie przepiękny bar, dopieszczony po ostatnią żaróweczkę nad umywalką. Czy wiedzieliście, że w Liverpoolu produkują swój lokalny gin?!

Co ujęło mnie w mieście najmocniej, to sposób łączenia nowoczesnej architektury ze starymi budynkami. W jednym kadrze znajdziemy więc gregoriańską katedrę, wiktoriański, zamaszysty bank rodem z wczesno-amerykańskich filmów gangsterskich i szklany wieżowiec o ostrych krawędziach. Całość kompozycji zamyka strzelisty komin z czerwonej cegły, część zabudowy portu Albert Dock, pierwszego niedrewnianego kompleksu w Wielkiej Brytanii. Takie widoki w Liverpoolu są na porządku dziennym.

Czy życie w miejscu, w którym nowe tak łatwo wtapia się w stare, gdzie z każdej strony dosięga nas masa inspiracji (a oficjalnym symbolem miasta jest super lambanana ), ulice, po których chodzili Beatlesi i rzesza innych sławnych artystów, może być nudne?

15 sierpnia 1830 otwarto pierwszą na świecie międzymiastową linię kolejową. Prawie 200 lat później sama mam okazję przejechać się tą trasą. Dziś podróż z  Liverpoolu do Manchesteru trwa niecałą godzinę, ale w XIX wieku przy prędkości 26km/h mogłabym tylko o tym pomarzyć.

W Manchesterze spędziłam zaledwie pół dnia, wobec czego nie udało mi się zobaczyć wiele. Zakochałam się w Bibliotece Johna Rylandsa i w jej aktualności. Nadal przychodzą tu studenci, ale nie tylko studenci, zwiedzanie jest bezpłatne (!), a toalety równie zabytkowe, co reszta wyposażenia. Nie jestem fanką Harrego Pottera i widziałam zaledwie dwa z wszystkich filmów, ale to miejsce, którego nie powstydziłaby się żadna Hermiona. W zbiorach biblioteki m.in. pierwsze wydanie „Ulysses” czy oryginalny fragment Nowego Testamentu.

Jeśli los nie przestanie mnie zaskakiwać, to kto wie, być może z Anglią zakolegujemy się w przyszłości na dłużej. Ale na razie ciii…

Ja i mój nowy Pentax <3

Scroll Up
Inline
Inline