Rzym codzienny, mój ulubiony

In Podróże, Włochy

Na co dzień, jeśli ktoś zapyta mnie, co zobaczyć w Rzymie, albo gdzie zjeść, mam masę propozycji, ale z pisaniem wydaje mi się, że będzie to kolejny nic nie wnoszący wpis, w którym każdy poleca swoje ulubione miejsca, na dodatek powtarzające się na co drugim blogu. Nie przebiję się więc z kolejną top 10tką, choćbym nawet i pisała na różowo i dwuwierszem (nawet nie mam ochoty próbować). A jako że tydzień w Rzymie upłynął mi głównie na przebywaniu wśród ludzi i jedzenia, taki będzie też dzisiejszy odcinek: piękni ludzie, ulice i tony pizzy! 

 

Za każdym razem kiedy jestem na południu Europy wiem jedno: nie chcę być polską staruszką (edit: dziś, pisząc to będąc we Lwowie wiem już na pewno, że nie chciałabym być także ukraińską staruszką). Starość we Włoszech (Hiszpanii/Portugalii) jest jakby bardziej dostojna, a już z pewnością zdecydowanie bardziej stylowa (‘ve been stalking old people’s outfits since 2012). 

Chyba jeszcze nigdy nie kupiłam biletów w jakieś miejsce ze względu na przypadające w konkretnym dniu święto (ale to dobry patent, o którym przypominam sobie kiedy coś zajebistego mnie ominie!), wobec czego załapanie się na takowe sprawia podwójną radość. Dzień Kobiet we Włoszech to naprawdę ładny dzień i nawet jeśli staroświecki, to kwiaty przecież zawsze miło dostać, a jak trafisz raz w życiu na włoskie mimozy! Ulice, bazary, skutery, włosy dziewczyn i naręcza panów żółte były nawet dzień przed i aż dzień po.

Dla mnie Rzym nie istnieje już bez Watykanu i chociaż chodzę z ciekawości oglądać papieży (dwóch ostatnich panujących mam już odhaczonych), to nie śpiewam “Barki” na placu św. Piotra (cytując klasyka: thanks god i’m an atheist). Fajnie jednak pooglądać sobie innych, śpiewających bez przymusu dorosłych ludzi (ponoć źli ludzie nie śpiewają).

W 2012 opiekowałam się czwórką bogatych rzymskich dzieciaków i to właśnie do szkoły przy samej bazylice zawoziłam je codziennie, zostawiając samochód na długie godziny na via della conciliazione, a sama uciekałam na kawę i papierosa w ulubione miejsce, Gianicolo.

Na Gianicolo trzeba być najpóźniej o ósmej rano. Z resztą – gdziekolwiek w Rzymie lepiej jest być przed ósmą rano, albo po 3 nad ranem. Tu też mogę siedzieć dniami i nocami i machać nogami przerzuconymi przez murek. Mam wrażenie, że z góry Rzym wydaje się być pod kontrolą, mniejszy i nie tak chaotyczny – z góry nie słychać nieustających klaksonów, ani nie widać tłumów selfie sticków. I kiedy myślę już się, że po tych wszystkich pobytach obeszłam Rzym wszerz i wzdłuż, z góry zawsze widzę, że zajmie mi to kolejne kilka lat.

Nie jest tajemnicą, że kocham gluten w każdej postaci, ale mój faworyt pizzy to zawsze grube ciasto, niezbyt drożdżowe, najlepiej mocno podsypane semoliną i na oleistym spodzie. Taka właśnie jest pizza rzymska- pinza. I właśnie takie arcydzieło nie potrzebuje już sera, który zawładnie wszystkimi kubkami smakowymi, bo obroni się samo! W Rzymie bardzo łatwo dostać pizzę al taglio bez mozzarelli. Klasyki jak ziemniak i rozmaryn, pomidory, sugo i pikantna bazylia, pomidory i cukinia, są praktycznie wszędzie, a w co nowszych lokalach pojawiają się też grillowane warzywa, czy nawet czerwona kapusta.

No to teraz polecenia

I lepiej nie czytajcie tego głodni!

Sieciówka Alice jest naprawdę pyszna i lekka, a przy Largo Argentina znajdziecie bar, w którym pizza rośnie (lewituje – od włoskiego lievito, czyli drożdże – TAKI ŻARCIK) 48h! To widać, słychać i czuć! (Ja raz przez noc zostawiłam drożdżowe ciasto i skisło, także szanuję takich zdolnych pizzaiolo jeszcze bardziej!). Na Trastevere od lat wracam tylko do Dar Poeta, a od niedawna mają też drugi lokal, z pizzą na kawałki właśnie! W drodze na Campo de Fiori zajrzyjcie do Il Fornaio – piekarni, ale włoskie piekarnie to Piekarnie przez “P”. Tam serwują pinzę prosto z pieca (nie najtańszą, ale idealną). A jak zatęsknicie za serem, to z wegańskim znajdziecie w Buddy – ale uwaga, jest uzależniająca. Poza tym dobrze jest też odbić od turystycznego centrum i podjechać metrem na przykład na Piazza Bologna – tam śmiało wchodźcie do Seri Il Forno, czy Matrem ale nawet pizza z supermarketu wymiata, więc z głodu nie umrzecie!

 

Miało być o jedzeniu i nie tyciu. Patent jest jeden – dużo chodzić. Nie żałować nóg i butów (ja wróciłam z pękniętymi podeszwami – true story). Po powrocie do rzeczywistości waga ani drgnęła (aż wymieniłam baterię). Julia Roberts miała rację.

Rzym to z pewnością nie miejsce idealne do życia, ale ma w sobie coś magicznego. Być może to mury, pamiętające najstarszych papieży, zaklęte w pomnikach duchy przeszłości (z idealnymi tyłkami!), serce wkładane w najprostszy talerz makaronu, a może… nic tam nie ma! Wszystko jest w końcu relatywne! Wiem jednak, że w tym odczuciu nie jestem sama. Swoją miłość do wiecznego miasta pięknie podsumowała Natalia z bloga Mój Life Style:  “energia miasta , klimat niezapomnianych uliczek, architektura i kuchnia, to tylko kilka powodów, dla których zakochasz się w Rzymie tak jak ja.” Całość wpisu do przeczytania tutaj (klik).

Scroll Up
Inline
Inline