Przekrój wiosny (lata właściwie)

In Przekrój

W tym roku miałam okazję posmakować wiosny na trzech różnych szerkościach geograficznych i powiem Wam, że nigdzie nie była ona tak I-DE-AL-NA jak u nas! Pomimo nienajczystszego powietrza w Warszawie, od kwietnia czuć było następująco- bez (mam przed blokiem kilka pokaźnych krzewów i zapach niósł się aż na 5-te piętro), po nim akacje (jeśli tak jak ja nie możecie przejść obojętnie obok drzewa bez wsadzenia nosa w kwiaty, to polecam Wam za rok ulicę Naruszewicza i Jana Bytnara Rudego na Wierzbnie- całe obsadzone akacjami. I kiedy już pomyślałam, że to koniec, bo słońce mocno przypaliło liście kasztanów i mamy po prostu zwykłe lato, zakwitła lipa, a do mojego ogromnego nosa wpadały cząsteczki tego słodkiego zapachu i po raz pierwszy nie żałowałam, że mam nos jak Chopin.

Koniec z poetyckim zachytem nad przyrodą (hasztag slow life, hasztag hygge), czas na podsumowanie wiosny 2018!

Drodzy fanatycy Komet

Miałam z 18 lat kiedy pierwszy raz usłyszałam piosenkę ”Warszawa i ja” i też chciałam stać na warszawskim balkonie i palić papierosa* (później był jeszcze moment kiedy chciałam umrzeć jak James Dean- mam na to jeszcze rok, więc nadal rozważam). Komety to mój back in time do nastoletniego życia we Wrocławiu, mieszania Amareny z oranżadą pomarańczową i szczegółami z życia, o których nie wypada tu pisać. Zawsze więc idę na ich koncerty, które są jakby osadzone w czasie, przesiąknięte papierosowym dymem w czerwonym świetle reflektorów punkowych barów.

*to tylko tekst piosenki, mamo.

Czymże byłoby życie bez wizyty na wsi?

Na pewno nie odżałowałby tego mój pies, który wychowany w mieście, rozłożony na kanapie, śpiący na ludzkim łóżku i nawet jedzący z talerza, jest jednak dziki i za nic nie da się z tym wygrać. Z resztą, o czym ja marzę? Mówię tak, jak gdybym sama potrafiła się zmienić i hamować różne swoje instynkty. A czując sarny, pies będzie psem (Kora podpowiada, że jest wilkiem). Nie bójcie się jednak, że łamiemy prawo- my tylko te sarny chciałyśmy z bliska pooglądać.

Ktoś w ogóle jeszcze pamięta smak wielkanocnego makowca? Bo jak nie, to szybka przypominajka:

TAJEMNICA POLISZYNELA, CZYLI JAK POLUBIĆ PRACĘ W KORPORACJI

Jeśli znacie kogoś, kto zmienia dziewczyny, jak rękawiczki, to ja dokładnie w takim samym tempie zmieniam pracę. Mój życiowy rekord to 11 miesięcy w jednej firmie, a ilość miejsc, w których pracowałam, nie mieści się już na palcach obu rąk. Mam raczej niedorosłe podejście do pracy (do czego nie namawiam, ale wierzcie mi, świat się nie zawali) – to nie ona ma dyktować rytm w życiu i wyznaczać kiedy pojadę na wakacje. Mam wystarczająco dużo oleju w głowie żeby jednak pójść na ustępstwa, ale zasada jest prosta – kiedy wstawanie będzie męczarnią, po prostu odpuszczam. Od stycznia siedzę jednak na dupie i zadziwiająco jeszcze mi się nie znudziło. Czy sposób na usidlenie cygańskiej duszy to firmowe delegacje? W moim przypadku się sprawdza. Nigdy w życiu sama nie wybrałabym się w marcu do Belgii (po dwóch latach w Holandii wiem doskonale, że jeśli jechać w te strony, to tylko w mocno letnim okresie), ale nie było tak źle, i przywiozłam nawet świetne łupy z antwerpskich second handow. Tutaj znajdziecie link do relacji.

Natomiast Madryt to był strzał w dziesiątkę. Spędzając większość urlopu we Włoszech, na Hiszpanię nigdy nie było czasu, a Barcelona średnio mi się podobała. Dziś już wiem, że życie jak w Madrycie jest po prostu fajne, a miasto zostaje jednym z moich ulubionych w Europie.

MIŁOŚĆ W ZAKOPANEM

Obawy przed panieńskim wśród rodowitych Slazaczek nie opuszczały mnie do końca. Pomimo tego, że z panną młodą znamy się od wielu lat i to od każdej strony (a nasza przyjaźń przycementowana jest odpowiednią ilością alkoholu) bałam się, że po prostu… nie dotrzymam tempa. Nasze początki to wakacje 6, 5 lat wstecz i praca nad morzem, a przecież wiadomo, że jod w powietrzu potrafi zdziałać cuda. Morskie Oko co prawda było w bliskiej okolicy i na szczęście wróciłam na ziemię i bawiłam się zajebiście. Życzę wszystkim dziewczynom, aby ich panieńskie były tak mocarne jak Oli, a ja w końcu mogę powiedzieć, że byłam w Zakopanem!

1001 WYMÓWEK

Mogłabym z palcem w wiadomej części ciała rzucić pracę i zostać wybrednym freelancerem (poranne zajęcia jogi, śniadanie na mieście, kawa codziennie w innej kawiarni, praca z każdej części świata, biurko w przestrzeni coworkingowej w Ubud… no co, wizualizuję sobie, ponoć to pomaga), ale mam wystarczająco sporo wymówek (i tupetu), aby tego nie zrobić. Ale jak już kiedyś się w końcu naprawdę mocno zepnę, to będę Was zasypywać nowymi zdjęciami codziennie! Tymczasem tłumaczę sobie, że nie ilość, a jakość i tym sposobem prezentuję Wam przepiękna i utalentowaną Julię, z którą miałam okazję ostatnio pracować.

RUMUŃSKIE OBRAZKI

Mocno rozciągnięta w czasie relacja z Rumunii częściowo jest już na blogu, następny przystanek to Transylwania (jest tak piękna, jak mówią), a potem… video! Jeśli macie pomysły jak sprawnie zrobić selekcję z ponad 1000 nagrań nie rwać przy tym wszystkich włosów z głowy, podzielcie się wiedzą, błagam. Bardzo przyjemnie klika się ‚rec’, ale oglądanie takiej ilości jest już prawie samobójstwem. Nie wspominam o tym, że chcę z tego zrobić 3 minutowy filmik…

TYMCZASEM…

Tymczasem bierzcie i jedzcie wszyscy… sezonowe przepyszne jedzenie! Jeśli komuś z Was przeszło przez myśl pytanie ”dlaczego Sergio nie publikuje nowych przepisów?” to już odpowiadam- bo je młode ziemniaki z koperkiem, kapustą i fasolką codziennie!

  • L.

    DAWAĆ MNIE TE PIEROGI!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
    hehe widze ze nie chwalilas sie panami goralami :d
    te zdjecia z madrytu sa super, jade. najpiekniejsze to te z budynkami, na ktore tak slicznie pada swiatelko.

Scroll Up