Can anybody telePORTO me back?

In Podróże, Portugalia

Drodzy Państwo,

oto Porto. Porto, czyli port.

Ale nie port jakiś tam! Tylko jak mawiają Portugalczycy: „Oporto”, port konretny…

Tym oto cytatem mojego ulubionego podróżnika i śmieszka Roberta Makłowicza, zapraszam na relację po Porto.

Zanim cokolwiek zacznę, uściślę:

  • tak, podobało mi się.
  • taaak, podobało mi się bardziej niż w Lizbonie.
  • taaaaak, chętnie wrócę.

Porto było moim pierwszym przystankiem na mapie Portugalii i już sam dojazd z lotniska do miasta zaskoczył. Jak na quasiśródziemnomorski kraj nie było tu nawet palm (a podczas trzech dni pobytu naliczyłam ich całe 8), a ulice wyglądały znajomo, zwyczajnie. O co chodziło z tą Portugalią miałam dowiedzieć się dopiero rano, kiedy kolonialne budynki jak ze snu zaczęły wyłaniać się spod spękanych słońcem azulejos, pamiętających czasy Salazara. No dobra, upiłam się 10-letnim Porto i majaczę. I być może w tym sęk i tak trzeba zwiedzać! Kiedy pytają mnie (a są dwa oczywiste obozy: team Porto vs team Lizbona), jak mogło mi się podobać w tym „nudnym” mieście, odpowiadam – 10 letnie wino zrobiło robotę, każdemu polecam.

Koniec Europy

Nie wiem skąd ten powtarzany w książkach i na blogach mit, że Portugalczycy są końcem Europy, spychani wiecznie do oceanu, mali i bezradni. Niewysocy to oni są, rzeczywiście, ale jak dla mnie to jest właśnie początek Europy (mówię tu o Europie jako starym kontynencie, nie Europie ze stolicą w Brukseli) i jej korzenie. Wypływa to tylko i wyłącznie z moich wyobrażeń, nie mam poparcia nauki i historii, więc nie musicie do końca w to wierzyć (wiecie z resztą sami, że moje opisy nie są praktyczne; traktuję was, czytelników, raczej jako przyjaciół, którym opowiadam swoje wrażenia, stąd myślę, że mogę sobie pozwolić na więcej luzu). Właśnie tak wyobrażam sobie świat, kiedy czytam o czasach odkrywców czy 18-wiecznych miastach i było dla mnie sporym zaskoczeniem odkrycie, że w Porto jest wszystko, czego szukam! Obszerne place, poukrywane za głośnymi ulicami, gdzie nie dochodzi hałas, a starsi panowie popijają powoli kawę, wieże kościołów w stylu, którego na próżno szukać w Europie – podobne widziałam tylko na Kubie, parki jak ze starych filmów – pełne platanów, latarni gazowych, z marmurowymi ławkami i pergolami ze stali i przede wszystkim miasto nie przeładowane globalizacją Starbucksa i McDonaldsa. Oczywiście, że wszystko to znajdziemy też w Porto, ale zdecydowanie mniej. Wiem, bo McDonalds to moja ulubiona turystyczna łazienka i wcale nie łatwo było mi ją znaleźć!

o północy w porto

Co z tego, że w Warszawie jest 10 mostów, jeśli są one tak nudne? Jedynie stary dobry Poniatowski może rzeczywiście błyszczeć, ale nikt mi nie powie, że widział pocztówkę z grafiką mostu Świętokrzyskiego czy magnes na lodówkę z mostem Śląsko – Dąbrowskim! Nuda! Wiadomo, że Lizbona w tym przypadku wygrywa (ale jest to jej największy atut, po czym długo, długo nie ma nic), ale Porto też może się pochwalić całkiem odważnym portfolio. Ponte de Dom Luis I jest wspaniały i chodzenie zarówno po górnej, jak i po dolnej jego powierzchni jest doświadczeniem, które zdecydowanie trzeba przeżyć! Pomimo swojego ogromu wydaje się być niezwykle cienki i delikatny, a jednak czułam się nań super bezpiecznie. To, w mojej opinii, wisienka na torcie miasta – idealnie podkreśla jego czar minionych stuleci. A teraz wyobraźcie sobie, że stoicie wieczorem nad Dourem po stronie winnic. Jest ciemno, most oświetlony jest na żółto, a w tle migają światła gazowych latarni starego miasta. Kobieta na pierwszym planie sprzedająca kasztany dorzuca czegoś do żaru i cały obraz pokrywa się dymem. Wiecie, gdzie coś takiego widziałam do tej pory? Na filmach Woodiego Allena! Porto wyglądało wtedy jak sceny z „O północy w Paryżu”, tyle, że bez eleganckich samochodów. Co z tego, że wypiłam wcześniej lampkę, albo cztery…

Pozostałe 5 mostów Porto też jest super i cieszę się, że dla kontrastu znajdziemy tutaj także mosty minimalistyczne i nowoczesne. Jaki koniec Europy, ja się pytam??

  • albo mamy zdjęcie przy tym samym balkoniku, albo wszystkie są takie podobne!
    ja o Porto pisałam ostatnio u siebie, i niestety, ale jestem w drugim teamie – za dużo turystów, za dużo wydmuszek, za mało realizmu.

    • o, a to ciekawe! a kiedy byłaś? idę poczytać, bo ja tam żadnych wydmuszek nie pamiętam! 😀

      • za późno odpowiedziałam na komentarz i widzę, że już sama trafiłaś :))

  • jezu, do tej pory pamiętałam siebie jako teamlizbona, ale po Twoim wpisie moje dobre wspomnienia zaczęły dryfować w stronę porto. ale to w lizbonie wypilam lampkę lub cztery, raz albo dwa i to w lizbonie miałam pijacką czkawkę na wesoło na schodkach gdzieś w mieście. swoją drogą, jakie to zabawne, jakie rzeczy potrafią nam zohydzić lub upieknić miasto. my teraz w sewilli trafiliśmy na jedyny dzień bez słońca na calym wyjeździe i co? sewilla ląduje na śmietniku pamięci!

    tez chcę taką koszulkę! tzn. tę z napisem dallas. jeśli rozważałaś jakiś prezent pożegnalny na nasz wyjazd z kraju (no peeeeeewnie :D) to już nie musisz wymyślać dalej, nie ma za co 😀

    • Ja też myślę, czy gdybym najpierw nie pojechała do Lizbony, to nie gardziłabym Porto, wino przecież smakuje wszedzie (przynajmniej mnie). Ej wyjde teraz na lenia itd, ale jak się sklonować, być w piątek u was i u mamy myjąc okna dla dzieciatka? nie mogliscie sobie wybrac lepszego terminu na wyjazd! H&M 39,90, kupiona z miesiąc temu, więc może jeszcze znajdziesz! W Australii na pewno takich nie mają!

  • aha, kocham tytul tego posta!

    • Pomyslalam sobie – what would Niesmigielska write? I poszlo! 😀

Scroll Up
Inline
Inline