Sokole oko /północne Włochy

In Podróże, Włochy

Nie przepadam za pierwszym kanałem telewizji publicznej. Ani tej rodzimej, ani włoskiej, chociaż muszę przyznać, że tu przynajmniej kłamią w śpiewnym języku. Mam na telewizorze specjalną aplikację z przekrojem włoskich kanałów, z których dobrze działa zaledwie kilka. Sygnał co jakiś czas przerywa, obraz zamiera, a dźwięk znika. Muszę wtedy włączać wszystko od nowa, co strasznie mnie frustruje, bo cała akcja trwa pewnie ze dwie minuty. Chyba wszyscy zgodzimy się dziś, że dwie minuty to ogromna ilość czasu (kto nie wierzy, niech w windzie nie wpatruje się w telefon, a przecież przejechanie kilku pięter to najwyżej kilkadziesiąt sekund). Mogłabym oczywiście rzucić wszystkim w kąt, odinstalować program, a wieczory umilać sobie w inny sposób, mam jednak świetną wymówkę, aby bezkarnie leżeć przed ekranem.
(#w listopadzie leżę przed telewizorem).

Chodzi o pewien program rozrywkowy, w którym jestem… mistrzem! Początkowo oglądałam go z mniejszym zainteresowaniem, bo nie jest to nic w stylu „Jednego z dziesięciu”,  ani coś, czym mogłabym pochwalić się znajomym. Wciągnęłam się jednak w tę gierkę i mogłabym zostać już milionerką!

Na czym polega cała zabawa? W pierwszej części mamy uczestnika versus 8 tajemniczych gości i po ich wyglądzie lub krótkim, trzyzdaniowym przedstawieniu, zgadujemy kim są (mamy 8 odpowiedzi, które musimy dopasować do odpowiedniej osoby). Runda druga, finałowa i trudniejsza, to moja ulubiona część. Na środek wychodzi wtedy „il parente misterioso” czyli tajemniczy krewny. Jest on w jakiś sposób spokrewniony z osobą z pierwszej rundy i musimy odgadnąć z kim – tylko i wyłącznie po wyglądzie i potencjalnym podobieństwie.

Uwielbiam odgadywać te pokrewieństwa i sprawiedliwie przyznaję, że rzadko się mylę. Fascynują mnie tu zawsze dwie rzeczy: jak łatwo jest odczytać człowieka, oraz jaką trudność jednocześnie to sprawia. Jasne, o wiele łatwiej jest być nieomylnym siedząc na swojej kanapie (z kubełkiem lodów na kolanach, a więc w zdecydowanie relaksującym otoczeniu), niż w stresującym studio telewizyjnym, gdzie nad głową tyka ogromny zegar odliczający czas na odpowiedź, a sekunduje mu lokalny Hubert Urbański (aczkolwiek zdecydowanie przyjemniejszy, siwy gość). Ale lubię ten program, bo jest dostępny dla każdego. Nie trzeba mieć talentu muzycznego, wiedzy z historii powszechnej czy ścisłego umysłu. Wystarczy obserwować.

Przyglądanie się ludziom to zdecydowanie moje ulubione zajęcie. Pewnie dlatego dobrze mi idzie w tym programie – kiedy jestem z aparatem na ulicy, zamieniam się w sokoła. Poluję z aparatem (a nawet dwoma!) i nic nie wyprowadza mnie z równowagi bardziej niż zdjęcie, które wygląda inaczej na ekranie, niż w mojej głowie  wiem, że prędzej czy później natknę się na to, czego szukam: starszą panią w kapeluszu jak z filmu, piękną dziewczynę, od której odgapię później pomysł na stylówki, cień wiatru we włosach przypadkowej osoby.

Do Włochów i Włoszek mam oczywistą słabość i mogłabym ich obserwować godzinami. Lubię też, przechodząc obok zajętych rozmową ludzi, podsłuchać o czym rozmawiają i wokół tego wyrywka zbudować jakąś abstrakcyjną historię w głowie (o ile rozmawiają w języku, który znam). Ulica, metro, kawiarnie, w skrócie cała przestrzeń publiczna, jest dla mnie ogromną inspiracją, żywą galerią sztuki. Z żadnego muzeum nie przywożę głowy (ani karty pamięci) tak pełnej obrazów, pomysłów, zapisów i wspomnień.

Zauważyłam, jak na przestrzeni lat, zmieniły się też moje zainteresowania co do podróży i kierunków, jakie wybieram. Nauczyłam się nawet odpoczywać w mieście, bo chociaż kilometry nabijam w dwucyfrowych liczbach, głowa odpoczywa.

Wyjeżdżając, mam kilka stałych punktów dnia, a czas pomiędzy zależy od miejsca, w którym jestem. I tak np. zawsze muszę odwiedzić przynajmniej jedną dobrą piekarnię (tu przypomina mi się jak naiwnie stałam w kubańskiej kolejce, po czym zostałam odprawiona z kwitkiem, bo chleb można było kupić tylko na kartki), dzień zacząć od kawy,  w miarę możliwości poszperać po sklepikach vintage, spróbować czegoś lokalnego, a pomiędzy tym chodzić, patrzeć i oglądać. Czuć się jak gość, ale w pelerynie niewidce. Być, lecz niewidocznym, niczym wszechwiedzący narrator, obserwator idealny. Camera obscura. Zamrażać niepowtarzalne chwile, nadawać im znaczenia.

Powtarzalność i wyjątkowość. Wiem, czego spodziewać się na ulicach Rzymu, Warszawy, czy Bukaresztu, jakich ludzi spotkam, a mimo tego zawsze jestem zaskoczona i zachwycona. „Żaden dzień się nie powtórzy, nie ma dwóch podobnych nocy”. Ale chociaż możemy różnić się między sobą diametralnie, wspólny mianownik nie jest trudny do wychwycenia, a sytuacje do przewidzenia. Oko, tak jak mięśnie, można wyćwiczyć. Pewnie dlatego tak dobrze idzie mi w tym programie.

A tak poza tym,  północne Włochy  odwiedziłam z super dziewczynami! Jadłyśmy pizzę, piłyśmy kawę i spędziłyśmy idealne popołudnie w gmachu Fondazione Prada (gdzie nie było żadnych tłumów!!). Pojechałyśmy nad Como i tak nam się spodobało, że niedługo w tym samym, a nawet nieco powiększonym składzie, lecimy do Rosji!

Zdj.: Lumix gx80 i Pentax mz5 + Kodak Gold 400

Grazie di esistere!  Fot. @symulakrum

Scroll Up
Inline
Inline