Przyjemne życie w Pleasantville

In Podróże

Zanim rzuciłam się w wir pędzących taksówek i zatłoczonych wagoników metra w mieście, które nigdy nie śpi, postanowiłam spędzić weekend na tzw przedmieściach i połączyć przyjemne z pożytecznym. Z naciskiem na przyjemne. Zapraszam na wycieczkę do Pleasantville!


Oddalone o 40 min drogi od Nowego Jorku Pleasantville przez lokalnych mieszkańców nazywane jest wioską. I warto się tam wybrać choćby właśnie po to, żeby na własne oczy zobaczyć tę amerykańską wieś. Zabawisie, doprawdy. Licząca ponad 7 tys mieszkańców miejscowość pełna pól golfowych, restauracji z każdej strony świata, z piętrowymi domami, które do tej pory oglądałam jedynie na amerykańskich filmach, to Moda na Sukces wśród wsi. Idealnie przystrzyżone trawniki i dumnie powiewające flagi na bezchmurnym niebie – do kompletu brakowało jedynie jakiegoś prezydenta! Oh wait, tak się składa, że Bill i Hillary Clinton mieszkaja… w wiosce obok!


“Nothing like a good bagel!” – żegna mnie uśmiechnięta kierwniczka lokalnej piekarni w sobotni poranek, skąd wychodzę z torbą pulchnych i ciepłych jeszcze bajgli. Chwilę wcześniej sprzedwca warzyw na ekologicznym targowisku chwalił mój tshirt z Clintem Eastwoodem (oczywisty wybór na pierwszy dzień pobytu w Stanach), a w kawiarni dostaję zniżkę, bo nikt nie kupuje tu małych kaw. Mała kawa w Ameryce ma wielkość tej ogromnej z naszego Starbucksa, dla jasności.

Pierwszego dnia, który dzięki strefom czasowym trwał jakąś niesamowitą ilość godzin, czuję się jak szczur w laboratorium. Jestem testowana z każdej strony. To Amerykanie jednak są mili? I wszystko jest tutaj rzeczywiście tak wielkie, jak mówią? I mogę chodzić na luzie w kapeluszu kowbojskim i nikt nie wykrzyczy za mną: ej, gdzie masz konia?!

W 40 minut z mojej opolskiej wsi można dostać się do Wrocławia. Czy to dużo, czy mało? Moja mama raczej powie, że to kawał drogi, i czy nie można znaleźć czegoś bliżej. James, u którego zatrzymujemy się w Pleasantville, pakuje nas w samochód, mówiąc że jedziemy na przejażdżkę po okolicy. Chwilę później mijamy Bronx, Queens, most brooklynski i jestem już na Times Square. Wszystko w ciągu jednego, niekończącego się dnia, w którym zaliczyłam jeszcze dwa ogromne (oczywiście) supermarkety.

Jestem w permementnym szoku. Czuję się jak bohaterka filmu, która przeniosła się w czasie. Był taki film, z Jeanem Reno, ten, w którym średniowieczny wieśniak i jego giermek lądują w XX wieku. I chociaż przyniósł mnie tu nowoczesny metalowy ptak, to w głębi duszy czuję się jak ten giermek. Mam garba, którego nie widać, a na nim siedzi staruszka Europa, zmęczona i obolała starowinka ze strzelającymi kośćmi. Miło sobie tak podramatyzowac siedząc na front porch wielkości całego mojego angielskiego mieszkania.
Oczywiście zdaje sobie sprawę, że znalazłam się w bańce i Pleasantville nie jest definicją ani amerykańskiej prowincji, ani wsi. To bogata miejscowość w stanie Nowy Jork, całkiem przyjemna do życia. Dlaczego?

Pleasantville otoczone jest z każdej strony monumentalną naturą. Ogromny Rockefeller State Park Preserve to jedna z najbardziej popularnych atrakcji miejscowości z Jeziorem Łabędzim na czele, w którym królują żółwie. Spory kawałek parku dzierżawi restauracja Stone Barn (Netflix poświęcił jej jeden z odcinków Chef’s Table) i wypasa tam swoje owce, świnki i kury. Ja spotkałam Meksykanina z magiczną różdżką do wykrywania energii i po chwili sredio zrozumiałej rozmowy przytulałam wskazane przez niego drzewa. Nie poczułam się młodziej, ale jetlag przez chwilę przestał mi dokuczać (do momentu aż nie zdałam sobie sprawy, że do samochodu mam ponad godzinę drogi!).

Kensico Dam, czyli tama i rezerwuar wody pitnej zaopatrujący w wodę NYC, to kolejna opcja na spędzenie czasu w Pleasantville. Na tamę można wejść, a nawet wjechać rowerem, skąd rozciąga się widok na piękne okolice gminy Westchester. Nie miałam pojęcia, że stan Nowy Jork jest tak zielony i zróżnicowany. Kensico Plaza to popluarne miejsce różnych eventow, koncertów i pikników i tak właśnie lokalni mieszkańcy spędzali czas w dniu, w którym odwiedziłam to miejsce.

W okolicy jest jeszcze jedno miejsce, które powinno znaleźć się na waszej top liście. Little Ranch Boots– mały, ale wypasiony sklepik z ubraniami prosto z dzikiego zachodu. W tym miejscu zapomniałam już zupełnie o zmęczeniu i bólu głowy, a także o najgorszej amerykańskiej rzeczy, czyli podawaniu cen bez podatku. Bolało, kiedy po godzinnym dylemacie nad wyborem kapelusza, usłyszałam cenę o sto dolarów wyższa, ale jak mówią, jak płakać to tylko w Stetsonie.

Po trzech dniach Pleasantville zamieniłam na Brooklyn, skąd bede nadawać w kolejnym odcinku!

  • Destr0y3rA

    Wtf. His dick is sticking out XDD

Scroll Up