Le temps de l’amour, czyli Paryż wiosną

In Podróże

Jeśli Paryż wiosną nie wzbudza w podróżnym emocji i nie wraca on zakochany (w kimś, w ubraniu, w książce, w drzewie, w widoku, w sobie)* to ja dla tej osoby nie widzę przyszłości!

*niepotrzebne skreślić

Teraz, kiedy sobie wszystko ustaliliśmy, zapraszam na wernisaż majowego Paryża (poniżej).

Miasto jak miasto, czym się tu zachwycać można by powiedzieć. Lecz z niejednego pieca croissanty jadłam, nie jedno miasto miałam okazję odwiedzić o tej porze roku i jedno, dosłownie JEDNO miasto (już kończę tę wyliczankę) oferuje cały wachlarz wrażeń z zakresu estetyki, przyrody, architektury, gastronomii i meteorologii na raz, nie prosząc o wiele, a nawet nie wysysając z turysty ostatniego grosza.

Rozwinę, bo czuję, że rzuciłam bardzo dużo mocnych słów, z których muszę się teraz wytłumaczyć.

Zacznę od ludzi, bo to jednak mój najbardziej interesujący target (zaraz po wegańskiej sieci cukierni, ale o tym później). Ilość stylowych i pięknych ludzi, niczym dosłownie zdjętych z obrazów Luwrów i innych D’Orsayów, jest proporcjonalnie wysoką do wieży Eiffla. Non stop za kimś się oglądałam, biegłam (true story), wzdychałam, celowałam aparatem… Paryżanie i Paryżanki są cool, a przy tym zachowują się, jakby wcale nie byli.

Podczas ostatniego pobytu w mieście (Paryż wiosną teraz, a jesienny tu) obiecałam sobie, że muzea i galerię zostawiam na następny raz, bo szkoda było mi czasu zamykając się w czterech ścianach, kiedy na zewnątrz tyle się dzieje. No i nie dotrzymałam słowa. Ulice Paryża są wystarczająco inspirujące, a wytężając wzrok, można tam znaleźć naprawdę każdy rodzaj sztuki. Żywa czy martwa natura, malarstwo na ścianach, a może wernisaż fotograficzny tylko dla wtajemniczonych? Wystarczy mieć oczy dookoła głowy i być w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie!

Zabrzmiało tajemniczo, ale proszę mi wierzyć, że czułam się tak samo, kiedy wraz z jedną z towarzyszek podróży, zostałam zaproszona – przez na oko 10 letnią dziewczynkę (początkowo po francusku, z czego oczywiście niczego nie zrozumiałyśmy, jednak dziewczynka bez problemu przeszła na biegły angielski), na wernisaż fotograficzny. Zdjęcia cyfrowe i analogowe wykonywały dzieciaki, a kilka z fotografii było naprawdę dobrych. Wernisaż oraz cały projekt okazał się inicjatywą lokalnej świetlicy. Czy mogłyśmy odrzucić to zacne zaproszenie na jakże ekskluzywną wystawę grupy młodych artystów z Paryża? Oczywiście, że nie! Przytaczam tę (prawdziwą, mam świadków!) historię jako dowód na tezę, że w Paryżu sztuka dosłownie leży na ulicy.

Nie samą sztuką jednak żyje człowiek, lub parafrazując – samą sztuką się człowiek nie naje. Paryż wydaje się być miastem opornym jeśli chodzi o jedzenie niezawierające tony masła lub mleka, na szczęście jest kilka miejsc, które ratują reputację miasta jako not vegan friendly. Wystarczy znać jeden adres, a dokładniej jedną nazwę, bo adresów jest kilka. Land & Monkeys to sieć 100% wegańskich cukierni, w której znajdziemy wszystkie francuskie klasyki: croissanty, pain du chocolat, różnego rodzaju briochki, a także kanapki, sałatki i dużo więcej.

Osobiście stołowałam się głównie tam, a co więcej, przywiozłam sobie prowiant do domu (nie wspominałam, że do Paryża wybrałam się pociągiem z Londynu, co było wybornym pomysłem. Podróż trwa niewiele ponad 2 godziny, a pociąg kończy bieg na dworcu Garę du Nord). W mieście funkcjonuje jeszcze jedna wegańska cukiernia (VG Patisserie), a wegańskie opcje lunchowe znajdziemy głównie w Marais. Moja kolejna po Land & Monkeys go to opcja to bagietka (w każdej piekarni smakuje wyśmienicie) i hummus – jedzone w jakimś ładnym parku albo z widokiem na dachy, smakują luksusowo.

Zdjęcie: @symulakrum

Tak stosunkowo niewielka odległość – jak wspominałam, odcinek Londyn – Paryż to zaledwie 2h drogi szybkim pociągiem, a jednak tak zupełnie różne od siebie miasta, architektura, czy pogoda (post pt “nienawidzę angielskiego lata, niech ktoś mnie stąd zabierze” już niedługo). Bardzo potrzebna była mi ta wycieczka, i chociaż to całkiem próżne hobby, to jednak od czasu do czasu dla zdrowia psychicznego i doładowania baterii (a w moim przypadku także doładowania witaminy D), sprawa wręcz życia lub śmierci. Piszę to głównie dla siebie, bo przy obecnych cenach za wszystko, wywalenie kilkuset banknotów (w każdej walucie tak samo bolesne) na napicie się kawy w innej części świata nie jest mi niezbędne do życia, ale czy zbiedniałam po powrocie? Tym autoterapeutycznym posłowiem kończę relację, zanim zacznę zwierzać się zbyt mocno.

Jedźcie do Paryża kiedy będziecie mieć do tego okazję i zróbcie to z czystej próżności i miłości do siebie! A jeśli macie z kim dzielić taką wycieczkę (a może nawet i łóżko, kiedy właściciel mieszkania nawali), to niech będzie to tak dobra wycieczka jak moja, z ludźmi, z którymi podróżować bardzo lubię.

Scroll Up