Ocean zachwytów

In Podróże, Portugalia

“I was always an unusual girl.
My mother told me I had a chameleon soul, no moral compass pointing due north, no fixed personality;
just an inner indecisiveness that was as wide and as wavering as the ocean.”

Kiedy wydawało mi się, że widziałam już wszystko (bo przecież nie trzeba jechać do Egiptu, żeby zobaczyć piramidy) i nic nie jest w stanie mnie zachwycić, zobaczyłam ocean. I zachwytom nie było końca.

To pewnie bardzo prozaiczne – bo w czasach, kiedy Matt Damon sadzi ziemniaki na Marsie, ja zachwycam się czymś tak zwyczajnym jak Ocean Atlantycki. Średniej klasy angielski gówniarz pewnie na widok oceanu cieszy się tak samo, jak na odwiedziny grubej i całuśnej ciotki, tymczasem prawie 30 letnia mieszkanka (nie pierwszej w swojej karierze) europejskiej stolicy jedzie po sezonie do Portugalii i fotografuje każdą pojedynczą muszelkę. No i może o to chodzi w życiu, bo inaczej człowiek by się szybko zestarzał? Nie wiem, ale podobało mi się.

Niech ktoś powie dawidowi p, że są fale!

Dopiero stojąc na klifie gęsto ciosanym ryczącymi falami uświadamiasz sobie jak małym człowiekiem jesteś. I jeśli nie odsuniesz się na czas, to nie tylko twój aparat poleci w ekspresowym tempie w otchłań oceanicznego piekła, którego, tak się składa, wrota masz dokładnie pod nogami. Boca do Inferno – zapierałam się, że nie pójdę zobaczyć, bo jeździ tam każdy. A potem nie chciałam odejść, zahipnotyzowana.

Dla mnie, z resztą, Atlantyk jest symboliczny odkąd pamiętam. To w końcu jego otchłanie beznamiętnie pochłonęły ówczesną (ale w tej kwestii nadal aktualną) miłość mojego 7-letniego życia, młodego Di Caprio (ciągle boli tak samo). Trójkąt Bermudzki od małego fascynował mnie dość mocno i w sumie nadal chciałabym się tam znaleźć i sprawdzić, czy mój zegarek i kompas też zwariują. Kompas mam tylko w aplikacji, myślicie, że się nada? No co, nie są to już czasy królestwa kryształowej czaski – jaki Indiana Jones, takie atrybuty!

Nieco później, jako nastoletnia użytkowniczka Naszej Klasy, zakochana w zdjęciu profilowym pewnego marynarza na tle zachodzącego słońca nad Kadyksem, marzyłam, że kiedyś też tam popłynę i zrobię sobie jeszcze lepsze profilowe! Dziś już wiem, że do Kadyksu można dojechać innymi drogami, ale przecież wiecie już, że chciałam być marynarzem (mam nadzieję, że ostatni wers zanuciliście melancholijnym głosem Krzysztofa Krawczyka).

Nie było jeszcze o wodzie, a woda Atlantyku nawet na tak niewielkiej powierzchni jak długość jednej miejscowości, zmienia się szybko. Szybko i nie do poznania. Nie zdążysz nacisnąć migawki (bo nadal kompulsywnie fotografowałam, aż do rozładowania trzech (!) baterii), a masz wrażenie, że ktoś podpalił wodę za twoimi plecami – dopiero co lekko różowa, płonie już wszystkimi odcieniami czerwieni i jestem pewna, że sam mistrz Kapuściński poświęciłby na opis całej tej oceanicznej zorzy co najmniej kilka stron. Ja, która nie operuje słowem z taką lekkością, wypowiem się zdjęciami.

Budzenie się z widokiem na ocean na pewno jest też na liście jakichś kilku milionów ludzi, a kto choć raz nie marzył o chłopaku surferze (pozdro dla Pauliny S.) niech pierwszy rzuci kamieniem. Cascais, oddalone 20 min drogi kolejką od Lisbony, to zdecydowanie dobre miejsce na upolowanie opalonego męża z rozjaśnionymi od słońca włosami. Kiedy ja próbowałam niezauważenie rękawem wełnianego swetra wycierać gile od zimnego wiatru (słońce słońcem, ale to już jednak listopad), z każdej strony do wody wbiegali to młodzi, to starzy i nikt nie wyglądał na zmarzniętego. Ach, ta gorąca portugalska krew.

To już ostatnia cześć wpisów z Portugalii (saudade), ale na pewno nie powiedzieliśmy sobie jeszcze ostatniego ‚o adeusinho’. 

  • O helloł Cascais 😉 Weź, to mój enty raz nad oceanem, on nigdy nie przestaje zachwycać.

    • Właśnie tak myślę, tam się dzieje po prostu magia!

  • ej to ja zapraszam nad swój ocean! surferów i fal jest jeszcze więcej! (niestety włączyłaś mi w głowię piosenkę podsiadły – za którą:
    a) nie przepadam akurat
    b) ktorą kompulsywnie podśpiewuje tomasz żeby mnie podkurwic)

    ale wybacze Ci to, bo ładny wpis popełniłaś.

    • Jesli tylko magicznym trapem zostanę w tym roku żoną milionera, to przyjadę i nad Twój ocean.
      Pff, miesiąc na emigracji i już wielkomiejska Elizabeth! 😛

  • piękne foty, te z czerwoną wodą i niebem mnie rzuciły na kolana… no i zanuciłam głosem Krawczyka, oczywiście <3

    • To są średnie foty, ale tak to jest, kiedy zostajesz bez sprzętu na dwa dni przed wyjazdem. Za to piosenka Krawczyka rekompensuje wszystko 😀

Scroll Up
Inline
Inline