Nowy Jork /Czuje się jak w filmie

In Podróże
Wyglądało to tak, jakby za chwilę ktoś miał wcisnąć czerwony guzik z napisem “REC”: małomiasteczkowy bohater wysoko zadziera głowę do góry nie mogąc ogarnąć wzrokiem ani rozumem  monstrualnych wieżowców. Po drugiej stronie 6 pasmowej ulicy z żółtej taksówki wysiada kobieta w długim czarnym płaszczu, po czym znika w kłębach pary unoszącej się nad studzienką kanalizacyjną. Kierujący ruchem policjant gwiżdże na samochody i nie potrafię wytłumaczyć dlaczego w tym momencie myślę o Iggym Poppie, ale po chwili już wszystko rozumiem. Nowy Jork!
Budzę się wczesnym rankiem. Kawałek nieba, który widzę przez żaluzje ma mocno różową barwę, a więc wczorajsza burza już minęła. Oślepia mnie ogromna latarnia i miks światła i podniecenia sprawia, że nie chce już dłużej spać. Z reszta, Nowy Jork ponoć nigdy nie zasypia i oceniając sytuację za oknem, wczorajszy dzień chyba rzeczywiście się jeszcze nie skończył. Fala samochodów pędzących przez przez szerokie ulicę Grand Army Plaza nie ma początku ani końca.
Rodzina u której się zatrzymuje jeszcze śpi, dlatego ograniczam swoje ruchy do minimum. Delikatnie podnoszę żaluzję i próbuję otworzyć stare okno popychając zaśniedziałą ramę do góry. Z łatwością mogłabym przecisnąć się przez szparę i przejść na schody przeciwpożarowe, a potem natychmiast znaleźć się w samym środku pościgu, wśród świszczących rewolwerów i włamywaczy ginących w ciemnościach metalowych klatek schodowych. Jestem Trumanem Capote, albo Paulem Austerem. Moja wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach, a to dopiero 5 rano i zaledwie mały fragment Brooklynu, który do tej pory udało mi się zobaczyć. I choć przede mną cały tydzień w Nowym Jorku, postanawiam nie tracić ani chwili. Kilka minut później stoję już na peronie metra, a wokół mnie piętrzy się tłum facetów w czerni, zmierzających zapewne do banków i innych ważnych firm, o których nie mam pojęcia. Wciskam się między nich do pociągu i pół godziny później jestem na Manhattanie.
Pierwsze wrażenia? To miasto to jedna wielka mistyfikacja. Taka na miarę okrągłej ziemi i człowieka na księżycu. To nie jest zwyczajne miasto, jakie znam. To olbrzymi plan filmowy. Są tu reżyserzy, aktorzy i efekty specjalne. Szklane wieżowce są naturalna blenda – odbijające się od szyb słońce tworzy przestrzeń bez cieni i panujące tu światło jest miękkie i plastyczne. Z każdej strony dzieje się dużo i  cały ten przepych obrazów, dźwięków i zapachów przytłacza mnie od pierwszej minuty. Postanawiam poszukać ukojenia wśród zieleni, wybierając Central Park jako miejsce do złapania oddechu. Nie sądziłam, że nie przyjdzie mi tam odpocząć.
Central Park z powierzchnią 3,41 km kwadratowych, to mniej więcej tyle ile 4 powierzchnie Watykanu.
I choć widoki w obu tych miejscach są zupełnie inne, znalazłam jedną łączącą je cechę. Chodzenie po watykańskich wzgórzach, choć przyjemne, jest także męczące i tak samo męczy zadzieranie głowy do góry i oglądanie otaczających Central Park wieżowców. Nie umiałam po prostu iść przed siebie.
Połączenie błyszczącego szkła z zielenią drzew, kontrast ludzi biegających w sportowych szortach i tych pędzących w garniturach że spotkania na spotkanie – jeśli spodziewałam się chwili odpoczynku, to bardzo szybko pozbyłam się tej myśli.

Where dreams are made of

there’s nothing you can’t do

Zastanawiam się jak to jest mieszkać w mieście, w którym wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Każdy rodzaj kuchni świata, każdy kolor skóry i typ sklepu, wybór szkół, teatrów, galerii i cukierni. Gdzie dosłownie możesz wszystko, możesz być kim chcesz i nie ogranicza cię dostęp do różnych dóbr. Szybko przekonuje się jednak, że ma to swoją cenę.
Aby dojechać z Brooklynu do biura w centum Manhattanu na 8:00, Adam, 42-letni nowojorczyk na wysokim bankowym stanowisku musi wyjść z domu o 6:45. Wstając o 5:50, ma czas na szybki prysznic, śniadanie i pocałowanie śpiącego jeszcze synka, Jacka. Wychodząc z biura najwcześniej o 18:00, przy dobrych wiatrach będzie w domu chwilę przed 20:00. W międzyczasie opiekunka odprowadzi syna że szkoły do domu, w którym czeka już nauczycielka gry na pianinie. Po zakończonej lekcji Jack będzie musiał odrobić jeszcze zadanie, zjeść kolację i wziąć kąpiel. Mama wyznacza mu czas na zabawę – 15 minut. Po upływie kwadransu, Jack bez marudzenia idzie do łóżka. Adam z Monica sprzątają po kolacji i najpóźniej o 21:30 zasypiają.
Każdy dzień od poniedziałku do piątku jest taki sam, różnią się tylko zajęcia pozalekcyjne Jacka. W poniedziałki ma pianino, w środę koszykówkę, a w czwartek teatr. Adam, pomimo że oficjalnie pracuje od poniedziałku do piątku, w weekendy pracuje jeszcze kilka godzin z domu.
Brzmi okropnie? To właśnie cena że dostęp do wszystkiego, za pozorna wolność wyboru, za wolność regulowaną godzinami pracy. Maszyna kapitalizmu, której macki sięgają wszystkich, w Nowym Jorku jest mocno widoczna. Amerykańskie prawo gwarantuje 0 płatnych dni urlopowych. Płatny urlop to dobra wola pracodawcy. Wspomniany wyżej Adam, pracownik wyższego szczebla bardzo znanego amerykańskiego banku, ma ich całe 6. Rocznie.
 
Tydzień to z pewnością za mało, żeby zobaczyć choć połowę Nowego Jorku, ale to również wystarczająco dużo, aby:
-zakochać się i znienawidzić to miasto kilka razy,
-nie móc zapiąć się z luzem w spodnie po ilości zjedzonych bajgli (jedyne, które spakowałam na wyjazd, a więc różnice widziałam wyraźnie; niczego nie żałuje),
-wyczyścić konto z wszystkich oszczędności (nawet gdybym darowała sobie buty, książki i kilka swetrów, i tak wróciłabym do domu na minusie).
 
Spośród mnóstwa pięknych filmów nakręconych w NY, “Nocny Kowboj” z 1969 roku to mój numer jeden od lat. Joe, małomiasteczkowy bohater przyjeżdżający do miasta snu z całym swoim dobytkiem w jednej małej walizce, odnajduje jedynie zimno mieszkań i ludzkich serc. Brutalna codzienność z którą musi się zmierzyć szybko weryfikuje jego plany i nadzieje i trudno mi z nim nie sympatyzować. Każda moja zmiana miejsca zamieszkania, każda emigracja niesie ze sobą wielkie marzenia i nadzieje, a rzeczywistość.. Rzeczywistość jest zupełnie inna. Dlatego kiedy przemierzam ulice NY w swoim kapeluszu przez głowę raz za razem pobrzmiewa mi Iggy Pop i jego cover “Eveybody’s talking”. Jestem tylko ja i only the echos of my mind.
 
To jeszcze nie koniec amerykańskiej przygody! W następnym wpisie wyjawię prawdziwy powód wycieczki do Stanów i znów będzie o pewnym kowboju. Do następnego!
Scroll Up