Wszędzie, tylko nie w domu! / Morze z psem

In Podróże, Polska

No i w końcu dożyliśmy czasów, kiedy wyjście z psem to nie obowiązek, a jedna z atrakcyjniejszych wymówek sezonu! Czy byłabym tak samo szczęśliwa, gdyby pandemia przypadła na środek zimy? Bynajmniej. Dlatego na pohybel wirusowi, w absolutnie pierwszym możliwym terminie, spakowałam psa w walizkę (a raczej do wypożyczonego samochodu) i teleportowałam nas na północ. W końcu nie od dzisiaj wiadomo, że pies może nad morze.  Edycja 2018 jest tutaj, a 2019 – tutaj.

Moja miłość do Bałtyku przed sezonem zdaje się nie mieć granic. Albo brak mi rozumu, bo jak inaczej wytłumaczyć przyjemność z przebywania w zimnym, drewnianym domku na pustym campingu, z perspektywą jednego słonecznego na sześć deszczowych, a przynajmniej porywiście wietrznych dni? Odpowiedź jest krótka: wszędzie, tylko nie w domu. W tej kwestii z moim psem dogadujemy się idealnie. Nieszczekanie na fale musimy jeszcze poćwiczyć.

wydma łącka z psem i smutne jezioro łebsko

To nasze pierwsze spotkanie ze Słowińskim Parkiem Narodowym, który jest z natury psiolubny. Należy – jak zwykle, trzymać się wyznaczonych szlaków, a psa prowadzić na smyczy. Szlak czerwony z miejscowości Rąbka na Wydmę Łącką to niecałe 6 km drogi lasem wzdłuż Jeziora Łebsko. Pomimo niepodważalnie pięknej okolicy, spacer zaliczam do tych nostalgicznych. Jak musi czuć się jezioro, które leży nad morzem?!  To nie może być radość, zadowolenie z życia, ani duma z położenia. Czy jest ktoś, kto odwiedził tę okolicę, ze względu na jezioro (wyłączając biologów i wędkarzy), a morze zobaczył przy okazji? Oficjalnie wnoszę więc o przeniesienie Jeziora Łebsko w inne miejsce! W towarzystwie morza, fok, lasu i wyłaniających się zza drzew wydm, nikt mi nie powie, że łabędzie, grążele żółte, ani nawet fakt, że jest to trzecie pod względem wielkości jezioro w Polsce, czyni je wyjątkowym. Przykro mi, Łebsko, oddawaj fartucha.

Samo dotarcie do wydm nie jest wymagające fizycznie (idzie się prostą ścieżką pomiędzy drzewami), ale dla niecierpliwych może okazać się trasą delikatnie stresującą. Co jakiś czas zza drzew wyłaniają się potężne wydmy, na które miałam natychmiastową ochotę wdrapania się, a potem sturlania w dół, nie zważając na piasek między zębami. Trzeba się jednak mocno uzbroić w cierpliwość (albo zestaw przekleństw, zależy co na was działa) i pokusy odstawić na bok, idąc grzecznie szlakiem do przodu. Szlag może człowieka trafić. To chyba stąd pochodzi to powiedzenie. Na bank!

Ale kiedy dotrzesz już do tego miejsca, z którego rozpościera się widok na te wszystkie cuda natury jak Bałtyk, las, (Jezioro Łebsko nie) i niekończącą się pustynię, nic nie jest w stanie popsuć ci humoru. Chyba, że jesteś z psem, który postanawia szczekać na wiatr, a tego jest tam sporo. Wtedy trochę psuje Ci się humor.

Po wyznaczonej części wydm można chodzić do woli, jednak w pewnym momencie obszar dostępny turystom kończy się i do wyboru mamy powrót, albo dzikie, szerokie plaże. Jeśli jesteś tam z psem, wybór jest prosty, bowiem na plaże nie można wprowadzać czworonogów. Zrobiłam więc tylko szybkie zdjęcie wejścia (i to był błąd, bo wiedziałam, że będzie to epicka plaża) i poczłapaliśmy z powrotem. O tej porze roku minęły nas dosłownie 4 osoby, z czego dwójka staruszków wyglądała na lokalsów.

Łeba przed sezonem okazała się być kolejną super miejscówką na wakacje w ciszy. Cóż, także w zimnie, ale outlety sportowe były już otwarte i nigdy w życiu tak mocno nie pragnęłam ocieplanej, puchowej kamizelki jak wtedy. Czy sprawdzając pogodę przed wyjazdem i tak spakowałam dwa komplety bikini (!!!!!) i sukienki? Niech to pytanie pozostanie retorycznym. Plusy są takie, że po powrocie do domu jedynie bielizna nadawała się do prania, reszta ubrań przyjechała świeżutka i pachnąca. (Bo nosiłam codziennie te same ciepłe warstwy!).

A kiedy mówię, że wiało, to WIAŁO:

Pozostałą część tygodnia spędziliśmy w Dębkach, z którymi nie do końca się polubiliśmy. Chociaż sama wioska zlokalizowana praktycznie w środku lasu oraz szerokie plaże są bez zarzutu, to jednak klimat jakby nie mój. Może to przez zbyt dużą ilość warszawskich rejestracji pod willami jak z amerykańskich bożonarodzeniowych filmów? A między tym ja w podartych butach i nieokrzesany pies z dredami (szczotka to wróg!). Bałtyk jednak jest najlepszym antydepresantem i działa na moje nawet największe smutki. Trzeba go sobie dozować zdecydowanie więcej!

Ps. Zdjęcia – to już klasyk – miks cyfry i analoga, z nowego (super starego) Canona!

Scroll Up
Inline
Inline