Mid July and not-Czech Praga

In Co tam w Warszawie

Z tego co zauważyłam każdy szanujący się bloger od czasu do czasu publikuje prywatę, a ponadto blog <0 jeśli nie ma na nim podsumowań. Jak wiadomo moim celem jest znalezienie nowych przyjaciół, stąd i ja od czasu do czasu muszę pokazać jaka jestem fajna (…..not). Kto ciekawy, ten wio! Dla wytrwałych na koniec niespodzianka.

W końcu (!) udało mi się obrzydzić sobie stare miasto i nowy świat (bo ileż można patrzeć na te odnowione kamieniczki? EDIT- ale przyjechała mama i musiałam oprowadzać ) i ruszyłam dupsko poza strefę komfortu. I ogłaszam wszem i wobec, że to dopiero początek mojej przygody z Pragą! Co prawda boję się nieoczekiwanego wpierdolu, o kradzieży aparatu nie wspomnę, stąd na pierwszy raz wzięłam wielkiego psa obronnego.  Z resztą, po pół roku chyba mogę już o sobie mówić, że jestem lokalna? Żartuję Warszawiaczki, nie obrażajcie się.

Jako ludzie renesansu i my od czasu do czasu potrzebujemy się odchamić. W tym miesiącu padło na koncert chlew popularnego wśród młodzieży wiejskiej zespołu Bracia Figo Fagot (trochę jest mi wstyd, ale nie będę kłamać, że był to Bocelli). Poza tym znajomość języka polskiego mojego faceta pochodzi głównie z tych piosenek, jak więc mogliśmy nie pójść? Następnym razem zamiast radlera bimber. Ale nie powiem, wybraliśmy się na koncert Pana Wodeckiego. Najbardziej cieszyłam się z „dziękuję, dobrej nocy”, bo było to jedyne, co usłyszałam. Pomyliliśmy się o jakieś dwa mosty i to jednak nie była ta plaża. Można też na przykład wybrać się na bezmleczne lody (specjalnie nie piszę wege żeby nie szpanować), a potem okazuje się, że jednak są tylko sorbety. Sorbety to nie lody!!!!!1 Tak samo jak kolacja nie równa się sałata i surowy jarmuż!! No i jak lato, to Wisła, nieważne, że brudna i że pogoda do bani. Ponoć im więcej zanieczyszczeń, tym mniej komarów, jak dla mnie bomba rozwiązanie i wspaniałomyślność ze strony władz miasta.

Która z was najpierw się umawia, a potem nie przychodzi?? Nie ładnie.

W czasie deszczu dzieci się (nie) nudzą! Makao to zdecydowanie gra mojego życia i tylko w tym przypadku nie tracę cierpliwości tłumacząc po raz setny zasady bez bluzgania na prawo i lewo. Z Sergio graliśmy chyba pierwszy raz, jego znajomość polskiego wzrosła o jakieś 5-6 słów, a wino nazywał piwo <3. Sesja na xboxie to oczywiście klasyk i moi bracia nie ukrywają nawet, ze przyjeżdżają do nas tylko po to, by spokojnie pograć każdy na oddzielnym telewizorze (stać nas).

Nie wierzyła, ze nikt jej teraz nie rzuci kurczaka.

Na koniec obiecany specjalny trik ułatwiający dobór okularów (dobrał okulary w zaledwie 3 sekundy, sprawdź jak on to robi). Sergio poleca!!

Scroll Up
Inline
Inline