Marsala. Pocztówki robione w biegu

In Podróże, Włochy

Kiedy zepsute pociągi i opóźnione samoloty skracają i tak zbyt krótkie wakacje, wyjście jest tylko jedno – wycisnąć z dni ile się da. Dokładnie tak, jak wyciska się sycylijskie cytryny. A na koniec zetrzeć jeszcze skórkę, żeby straty było jak najmniej.

Być może Marsala sprzyja zatrzymaniu się i docenieniu tego co dookoła – jest tu w końcu wszystko, czego od Sycylii możemy wymagać: lazurowe wybrzeża, zapierające dech zachody słońca (nieważne ile razy widziało się je wcześniej), wino, którego mógłby pozazdrościć sam Dionizos, antyczna architektura i przesiadujący w barach vecchietti, których nie mogę minąć obojętnie. Być może jednak to ja przestałam się w końcu rzucać, próbować zobaczyć i doświadczyć wszystkiego na raz, bez tchu skakać z wyspy na wyspę, nie dostrzegając tego, co mam na wyciągnięcie ręki. A jest się czym zachwycać.

Wybrzeże Marsali na pierwszy rzut oka nie zachęca. Pełne skał, korali, cuchnących alg dogorywających na słońcu nabrzeże, to nie jest idealna turystyczna destynacja. Nie bardzo da się rozłożyć tu ręcznik, a o wbiciu parasola nie ma mowy. Wejście do wody to również sztuka dla wytrwałych – kamienie na powierzchni są ostre i ranią stopy, a te pod wodą obślizgłe są od morskiej flory. Brzmi niezbyt zachęcająco, jednak proszę mi wierzyć, to jest tylko powierzchnia. Bo gdy porzucimy marzenia o piaszczystych plażach (notabene pełnych od meduz), zauważymy, że obcujemy z miejscem nietkniętym ludzką ręką. Może z wyjątkiem starożytnych Fenicjan, którzy w tym miejscu urządzili sobie port (z którego kilka lat temu wyciągnięto fenicki statek, do zobaczenia w lokalnym muzeum). To czyste, dziewicze wręcz miejsce, to także najbardziej na wschód wysunięty cypel Sycylii. Dalej jest już tylko Afryka. No więc czy to wszystko, samo w sobie, nie jest wystarczającą atrakcją?

Szczególnie mocno polecam wybrać się nad morze o poranku, najpóźniej o 7:30. Morze ma wtedy najbardziej krystaliczny kolor, a widoczne na horyzoncie wyspy Favignana i Levanzo, oraz góra ze średniowiecznym miasteczkiem Erice (w zależności w którym stoimy punkcie), tworzą panoramę niczym z okładki puzzli. Jeżdzę tam od ośmiu lat, wydawałoby się, że znam te pejzaże na pamięć, jednak za każdym razem jestem od nowa zachwycona i otumaniona lokalnym pięknem natury. Zapytana, nie potrafiłabym wybrać, czy wolę ten widok o wschodzie, czy o zachodzie słońca, nie umiałabym wybrać. W tym czasie bowiem na niebie i morzu dzieje się prawdziwa magia. Sztuka, na którą nie trzeba zaproszeń i biletów. Wystarczy po prostu tam być.

Sycylia w sezonie zmusza wręcz do zatrzymania się i poddania cyklom natury bardziej niż gdziekolwiek indziej. W porze obiadowej, do późnego popołudnia (na ogół 12:00 / 13:00 do 17:00) sklepy, banki, bary i supermarkety zamykają się na trzy spusty. W tym czasie nie ma czego szukać w mieście (poza turystycznymi miejscami, rzecz jasna), dlatego cierpliwie czekam na godzinę, kiedy miejscowi vecchietti, czyli starszyzna, wyjdą z domów w odświętnych strojach. Mogłabym tu śmiało dodać: spieszmy się kochać sycylijskich staruszków, bowiem tak szybko odchodzą i nie byłoby to przesadą. Wraz z najstarszym pokoleniem odchodzą śnieżnobiałe kołnierze, uprasowane w idealny kant spodnie i zaczesane na bok włosy (a z nimi bardzo często podręczny grzebień w przedniej kieszeni koszuli). Z roku na rok, na marsalskim Piazza della Repubblica ubywa krzeseł z lokalnego klubu seniora, na których przesiadują seniorzy. Po placu nadal kręci się sporo mężczyzn (kobiety zawsze mają coś innego do zrobienia w tym czasie, rzadko przesiadują na mieście), jednak są oni młodsi, w rozchełstanych tshirtach, bez żelu na włosach.

Wybierającym się w te strony polecam przeczytać mój zeszłoroczny wpis (tutaj), w którym piszę więcej o wartych odwiedzeniu miejscach. Moje ulubione adresy niezmiennie to bar Vito (gdzie rano polecam złapać szybkie espresso i rogalika z kremem pistacjowym, a po południu wybrać się na najpyszniejsze ciastko tej części Sycylii, sette veli), po czym udać się na spacer po lungomare. Assud, pizzeria, do której trzeba dojechać, bowiem znajduje się na przedmieściach, serwują tam pizze na mąkach z ziaren antycznych (przynajmniej oni tak je nazywają), dziko rosnących, co czuć. Ciasto jest niesamowicie aromatyczne. Wine tasting w jednej z ponad 30 winnic; najsłynniejsza z nich Pellegrino, która ma wspaniałą, nowoczesną siedzibę, oraz wiekowa Florio, w której przyjrzymy się butelkom z pajęczynami grubości skórki od arbuza. Po panelle, sycylijski street food (wegański!), tylko i wyłącznie do okienka przy Porta Garibaldi. Na przekąskę same placuszki skropione sokiem z cytryny i solą, na duży głód – w bułce mafaldzie. Marsala ma także jedną piaszczystą plażę, jest ona jednak maleńka i w sezonie należy rano zarezerwować sobie leżaki. Lido Boeo, bo tak nazywa się plaża, była unikanym przeze mnie ze względu na rozmiar miejscem, jednak w tym roku obiekt został powiększony, dobudowano całkiem porządny bar i jest to jedno z niewielu miejsc wolnych od meduz (prądy morskie z korzyścią dla Boeo działają w innym kierunku). 5 minut jazdy od miasta w kierunku Trapani znajdziemy antyczną i czynną do dziś salinę, czyli miejsce wydobycia soli z morza. Jest tam doprawdy bajkowo – płytka woda odgrodzona jest groblami, a wysychając, zostawia na powierzchni solne grudy, błyszczące w słońcu niczym diamenty. W zasięgu ręki znajduje się także kilka starych wiatraków (dziś są już tylko ozdobą), bar, i z tego także miejsca możemy wsiąść na statek, który zabierze nas na antyczną wyspę, Mozię. To także najbardziej popularny punkt widokowy – zachody słońca oglądane z tego starożytnego cypla są niesamowite. Miejsce co wieczór pęka w szwach turystów i nowożeńców z ekipami fotograficznymi, dlatego polecam pojawić się tam nieco wcześniej i zająć miejsce na końcu grobli. Swój ostatni – podczas tegorocznych wakacji, wieczór spędziłam właśnie tam i była to bardzo dobra decyzja.

Scroll Up