Zobaczyć światła wielkiego miasta / Londyn

In Podróże

Najbardziej wyczekiwane wydarzenie starego, a także i nowego roku. Po ponad roku mieszkania w małym miasteczku (a po 5 w Warszawie, przypominam), zamarzyło mi się wielkie miasto. Żeby tak choć na dzień zamienić podmiejskie autobusy na metro, wmieszać się w tłum i nie rozpoznawać żadnych twarzy, pójść do nowego, dużego parku, w którym można by się zgubić i nie musieć stąpać znanymi, wydeptanymi ścieżkami. Mieć wybór, prawie że nieskończony- gdzie iść na kawę, co na lunch i do jakiej galerii na wieczór. A może by tak rzucić wszystko i pojechać na weekend… do Londynu?

Nie brzmię jak ja, kiedy czytam powyższy wstęp i cóż, sama się jeszcze z tym oswajam. Przedpandemiczna Marina Furdyna nie ma czasu na takie dylematy, bo zwykle jest gdzieś poza domem. A najczęściej poza krajem. Żongluję niczym najlepszy cyrkowiec pomiędzy wyszukiwarkami tanich lotów, u przewoźników mam roczne subskrypcje, które pozwalają mi na zakup jeszcze tańszych biletów, bywa, że wracam do domu zrobić pranie, po czym natychmiast znów ruszam w drogę. Mam zaplanowane podróże na 5 miesięcy do przodu. I być może żyłabym w ten sposób nadal, gdyby nie odgórny zakaz, znak stop, brak dziur w siatce i górą też nie przeskoczysz. Jadę więc do wielkiego miasta Londynu. W mieście, w którym mieszkam, nie ma ani jednego wieżowca, dlatego kiedy o zachodzie słońca londyński Manhattan lśni w złotych promieniach, stoję na moście westminsterskim jak oczarowana. Ale po kolei!

Styczeń tego roku jest w Anglii zaskakująco słoneczny i ani razu nie spadł tu śnieg. Stworzycielska matka natura jednak jeszcze nie do końca poddała się człowiekowi! Nasze działania nie są w stanie wpłynąć na jej bardzo starą i znaczącą część – długość dnia i nocy. To nie my dyktujemy tu warunki. W oczach wszechświata chyba ciągle jesteśmy więc najpierw zwierzętami, a dopiero później homo sapiens, z lotami na Marsa i sztuczną inteligencją. Topimy lodowce, zmieniamy zachowania ptaków i innych żywych stworzeń, ale nie mamy władzy nad naturą. Zarządzamy czasem, ale podlegamy pod zegar, którego w żaden sposób nie jesteśmy w stanie przestawić. Brak nam supermocy, która mogłaby kierować zmianą czasu zimowego na letni, czy jakikolwiek inny. Zmusić słońce do wzejścia o innej porze, skrócić mrok. Ponoć był taki jeden, który sprawiał, że moc truchlała, ale z tego co pamiętam, to nie skończył zbyt dobrze…

Nowy dzień w Londynie rozpoczyna się ospale. Jest prawie ósma, a za oknem panuje czarny mrok. Słońca nadal nie widać na horyzoncie. Kto wie, być może jemu też zdarzy się czasem wcisnąć drzemkę, a wiadomo jak kończy się taka “jeszcze minutka”. Z okna na trzecim piętrze hotelu w samym sercu Notting Hill widzę skłaniający się ku ziemi księżyc, blednący z każdą minutą. Z oświetlonej bladymi latarniami ulicy nie dochodzą jeszcze żadne odgłosy budzącego się do życia miasta. Jednak wszystko zmieni się w bardzo szybkim tempie, dlatego o świcie jestem już na nogach, gotowa na dzień (i kilometry w krokach) przede mną.


Jest sobota. Kawiarnie szybko wypełniają się mieszkańcami i turystami. Na Portobello Road słychać już dźwięk rozkładanych lad i stołów – za chwilę zapełnią się  starociami, błyskotkami i podrabianymi na vintage pamiątkami. W każdym wielkim mieście chodzę na targi staroci, jednak – jak śpiewała Maryla Rodowicz, a przynajmniej tak mi się wydaje – dziś prawdziwych pchlich targów już nie ma. Sprawdziłam w Rzymie, Madrycie, Lozannie, Paryżu – wszędzie jest to samo: drukowane i stylizowane na stare zdjęcia i rysunki, naciągający sprzedawcy, którzy się nie targują, modne dziewczyny robiące sobie zdjęcia. Na końcu ulicy znajduję kowbojski sklep z ubraniami Made in London – ta oryginalna i jakże lokalna odzież kosztuje tu od 500 funtów w górę.

Nie zawodzi za to urbanistyka Londynu. Miasto, pomimo swojej wielkości i statusu finansowej stolicy świata, zaskakuje ilością małomiasteczkowych zaułków i miejsc z kategorii “cute”. W samym sercu City of Westminster, a więc najbardziej centralnej dzielnicy miasta, można poczuć się jak w domu – a przynajmniej ja się tak czuję, bo na co dzień mieszkam w małym mieście. Wyobrażam sobie, że ta mierzalna wzrokiem część wystarczyłaby idealnie do życia – jest kilka kawiarni i knajp, poczta, sklep wielobranżowy, skwerek (byłoby gdzie wyjść z psem), a nawet sklep z ubraniami vintage! Szybko na szczęście przypominam sobie, że mieszkanie w takim miejscu jest niemożliwe z bardzo prostego powodu – musiałabym być żoną arabskiego księcia, żeby było mnie na to stać. Kończę marzyć kiedy dopijam kawę pitą na zewnątrz – Słońce być może nie jest łaskawe jeśli chodzi o długość dnia, za to przyświeca porządnie i pozwala wygrzać kości nawet na północy w styczniu!

Jakkolwiek dziwnie to brzmi – pojechałam do Londynu odpocząć. Psychicznie, bo fizycznie było zupełnie odwrotnie. Muszę się od czasu do czasu przebodźcować – naoglądać fajnie ubranych ludzi, pooglądać wystawy sklepów i księgarni, wypić zbyt dużo kawy (bo jak inaczej w 3 dni spróbować tych wszystkich koniecznie-do-spróbowania kawiarni?!), i zrobić tyle kroków, że mogłabym sobie darować siłownię na miesiąc. I dostałam wszystko, czego potrzebowałam – mężczyznę o urodzie Hugh Granta w (na pewno) bardzo drogim trenczu i meloniku, piękną parę lesbijek w sukienkach w drobne kwiaty, przytulające się nad rzeką, lokalnego Franka Dolasa z garścią banknotów w dłoni – sama byłabym przyłożyła się do jego bogactwa, bo byłam pewna pod którym kubkiem ukrył kostkę (na szczęście nie miałam gotówki!). Zjadłam mnóstwo pysznego jedzenia, żeby wrócić do domu z nowymi inspiracjami kulinarnymi oraz… wykąpałam się w wannie!

Nasyciłam swoją flanerską naturę na jakiś czas i ostatniego dnia pobytu w mieście skapitulowałam. Przytłoczyła mnie ilość i długość linii metra, jak i czas każdego przejazdu. Napatrzyłam się na te wszystkie wieżowce, drapacze chmury, wielopasmowe ulice, piętrowe sklepy i chciałam już wracać do swojego małego zadupia (bez negatywnych konotacji), gdzie wszystko jest małe, proste i do ogarnięcia wzrokiem.

Nowy Jork Europy? Pasuje mi do outfitu  <emotka z okularami> 

Scroll Up