Lizbona, nie Katowice

In Podróże, Portugalia

Jeśli ktoś z was nie zrozumiał tytułowego żarciku, proszę kliknąć tutaj. A jeśli nie rozbawił was ten suchar, to teraz poleci petarda.

Gotowi?

Co to jest – nudne, głośne, śmierdzące i przewidywalne do wyrzygania?

Lizbona.

No nikt mi nie powie, że to miasto to nie jest żart.

Może przesadzam, rzeczywiście nie ma się z czego śmiać, ale poważnie – dawno tak bardzo nie wynudziłam się w dużym mieście, mieście z historią. Amor, który na ogół wali do mnie strzałami zakochania, przez co po powrocie do domu autentycznie szukam pracy w mieście, które mnie w jakiś sposób uwiodło (co teraz będę robić z Porto na przykład, ale o tym w kolejnym odcinku), tym razem poległ. Nie wiem, może zmęczył się ganiając za mną krętymi uliczkami ciosanymi żółtymi tramwajami, albo wykończyły go schody, górki i pagórki… W każdym razie nie pojawił się przez całe, pełne 4 dni, a mnie to zupełnie nie przeszkadzało.

Ale specjalnie dla moich wiernych czytelników bardzo mocno postaram się, aby ten wpis nie był jednym wielkim wylewem żalów, że co to ja bym mogła robić w Porto, gdybym to tam została dłużej! Jako sumienny reporter (my blog is my castle- przyp. red.) wyłożę, jak zwykle: kawę na ławę, ręce do góry, pieniądze na stół.

(Nawet Ronaldo jakby podrabiany – wcale się nie czepiam!)

Dzień pierwszy

Moja pierwsza myśl, kiedy wysiadłam z pociągu, była mniej więcej taka: czy to jakaś nowa moda, że im bardziej na południe, tym głośniej, chaotyczniej i brudniej? Mieszanka ‘zapachów’ z barów i restauracji z czterech stron świata, śmieci na ulicach (nawet na najbardziej turystycznym Praca do Comercio), odór sklepików z chińszczyzną – gdybym nie rzadkie powietrze i brak wolno biegających kur, pomyślałabym, że znowu jestem w Hawanie. Nawet kolonialne i sypiące się budynki się zgadzały, za wyjątkiem wyblakłych już azulejos. Zupełnie nie dziwi mnie, że śpiewają tu Fado.

Mogłabym jeszcze trochę ponarzekać, ale nie chce odstraszać was przed Portugalią. Sama napalałam się na ten wyjazd od dawna. Z braku inspiracji chciałam nawet obkupić się w Primarku, ale i tu niczego nie znalazłam. Zagryzłam paznokcie i poszłam spać – może nowy dzień przyniesie nam nowe szanse? Saudade. Kurtyna.

Dzień drugi

W Lizbonie dwie rzeczy są pewne: 1- że Miradouro to zawsze jakiś punkt widokowy, czasem darmowy, a czasem płatny. 2- Miradouro nie zawsze jednak musi oznaczać autentycznego cudu – może się okazać, że widok na miasto nie wart jest wspinaczki (nie pytajcie ile razy SIĘ OKAZAŁO). Jednak kilka miejsc jest super ciekawych, darmowych, a nawet wjedziecie na nie windą z portugalskiej Biedronki! Wjazd na ruiny klasztoru popularną windą Św. Justy to stanie w kolejce i 5 euro mniej. Wystarczy jednak obejść klasztor i wspiąć się do niego od strony muzeum archeologicznego. Frajda z jazdy windą nie wasza, ale czy w dzisiejszych czasach można się ekscytować jadąc windą? Możliwe, ale za 5 euro napijecie się też 10 letniego porto. Tak tylko mówię, jakby co.

Jeśli autentycznie interesują was ruiny i zabytki, być może wydatek 8.50 e to dla was nic, stąd zwiedzanie zamku św. Jerzego uznacie za priorytet. Dla mnie, żeby porobić foteczki z góry to trochę zbyt wiele (przeliczyłam na wino i frytki i zamek nie miał szans), dlatego na wzgórzu zamkowym wybrałam wieżę małego, białego kościoła – wejście kosztuje 2 euro, widoki- picture or it didn’t happen – prezentuję poniżej, a na dodatek poza mną nie było nikogo. Winner takes it all.

Po południu zaczynam już też rozpoznawać miejsca, w których byłam – miasto przestaje się okazywać nagle takie wielkie i chaotyczne. Czasem zawdzięczam to sklepom, placom czy pomnikom, ale tak samo często natarczywym sprzedawcom marihuany. Dzień kończę poleceniami Makłowicza – jak zawsze w punkt. Kieliszeczek ginjinhi z musowymi wisienkami, a potem po pamiątki do najstarszego sklepu z konserwami rybnymi w Lizbonie. Czy mam już 50 lat? Kurtyna.

Dzień trzeci

Leje, a żadna z aplikacji pogodowych nie daje szans na poprawę. Lizbona okazuje się pełna w sklepiki vintage, ale mój pech nadal trzyma, wobec czego to nie ja tym znajduję sobie super czapkę. Żeby nie było – spróbowałam nawet NIE WEGAŃSKICH pasteis de nata – bo jak próbować, to tylko u źródła, ale nie zrozumiałam, czym zachwyca się świat. Pieczonym budyniem? Napiszę w kolejnym poście listę wege miejsc, które autentycznie mają się czym pochwalić (w tym jedna restauracja, w której można zjeść zweganizowane portugalskie klasyki!). Mercado da Ribeira wygląda jakby był stworzony dla turystów. We wtorek o 9 rano nie ma tam nikogo poza naszą dwójką i kilkoma azjatami. Nadal leje. Nie wiem co ze sobą zrobić. Idę napić się porto. Kurtyna.

Dzień czwarty/ŚWIĘTY ŚWIĘCIĆ

W ‘’Samotności Portugalczyka’’ jest opowiadanie o człowieku mieszkającym na cmentarzu. Jest 1 listopada, świeci piękne słońce, a ja lubię stare cmentarze, ale nie pojadę przecież robić zdjęć na cmentarzu 1 listopada. To więc idealny dzień aby spojrzeć na Lizbonę z jeszcze jednego miradouro – spod samego Jezusa Chrystusa Króla. Z ostatniej stacji zielonej linii metra bierzemy prom i w przeciągu 15 min jesteśmy po drugiej stronie.

Śmieszny jest ten Tag – niby rzeka, a pachnie morzem, wypluwa muszelki i brudzi buty białą solą. Pod pomnik Jezusa można dostać się miejskim autobusem, można też w pół godzinki pieszo. A na górze same atrakcje – można nabrać babcię, że jesteście w Świebodzinie, a mamę – że w San Francisco. Moja uwierzyła nawet w Nowy Jork.

Wieje niemiłosiernie (całe miłosierdzie zaklęte zostało w pomniku sami-wiecie-kogo), ale czekam wytrwale na zachód słońca. Wynik? Spektakularnego zachodu nie będzie – nagle znikąd pojawiły się chmury i zawisły dokładnie nad mostem. Słońce zaszło niezauważenie, a mnie, zdecydowanie zauważenie, z nosa kapie kolejny gil. Mam wrażenie, że ktoś maczał w tym swoje wielkie palce. Kurtyna.

Obeszłam naprawdę wiele. Zaglądałam w bramy. Wspinałam się po schodach bez marudzenia. Doceniałam różnorodność azulejos. Przejechałam się tramwajem. Spróbowałam pasteis i wina z Alentejo. A jednak nie zaiskrzyło, nie popłynęło, nie było fal (jak śpiewa dzisiejsza młodzież). Próbowałam na siłę wyszukiwać mieszkańców, żeby się im poprzyglądać, ale ze znikomym powodzeniem (przejazdy metrem się nie liczą). Za to Porto…! Porto jest super, co udowodnię wam za tydzień!

  • EEE! Ja tak żałuję, że nie spróbowaliśmy ginjinhi. To była klasyczna sytuacja pt. na każdym kroku sprzedają, więc zdążymy wypić 10x. Tylko nie teraz, później. I później i później… I dupa, bo potem już był odlot. Niemniej, słyszałam, że na Nowym Świecie otworzyła się Pijana Wiśnia, to chyba to samo? Muszę sprawdzić!

    Rozumiem brak zachwytu Lizboną, ja bym tam raczej nie mogła mieszkać (mam nadzieję, że we wpisie sprzed roku nie napisałam, że mogłabym…), ale zachód słońca nad mostem z SF wspominam bardzo epicko, to, poza Algarve i Cabo, było chyba najmilszym wspomnieniem z Portugalii. Porto jeszcze nie znamy, więc ciekawa jestem czy będzie zachwyt czy też nie.

    PS. Ja też śpiewam z Dawidem, że nie ma fal, czy to znaczy, że zaliczam się jeszcze do młodzieży? 😀

    • no ja miałam jakieś wewnętrzne ambicje na przywiezienie choć w połowie tak dobrych zdjęć z mostem jak wasze (damn!), ale jak wyszło, widzisz sama 😉 niemniej jednak wasz wpis przeczytałam z 13 razy przed i w czasie, także dzięki!

      Nie da się nie lubić Porto. To taka ładniejsza, czystsza i w kapsule Lizbona 😀

      No raczej, że jesteśmy młodzieżą! A bilet na Małomisteczkową Trasę masz? Bo chętnie odkupię.

      • No to nie ma za co i cała przyjemność po naszej!

        A biletu nie mam… ugh. Po Openerze byłam chętna, bo były, ale raz, że dopiero wkręcałam się w Dawida, dwa – myślałam: eee… z kim miałabym tam iść? A teraz zdążyłam się wkręcić, słucham na okrągło, mam chętnych… a biletów dawno ni ma! Więc: nie :d Haha… ;(

  • A no widzisz, ja zaraz jadę piąty raz i mieszkałabym jak zła. Za pierwszym razem tez jakoś nie było chemii, nie wiem, za gorąco i za dużo ludzi, a potem pojechałam sama i jest love az po grób. Ciekawe, jak to jest, ze niektóre miejsca zupełnie, a niektóre bardzo albo jeszcze bardziej 🙂

    • No właśnie widzę, że nawet w ‚o mnie’ masz ‚lubię Lizbonę’, także wierzę, że miasto pewnie ma potencjał, ale ja po prostu chyba całą swoją portugalską miłość wylałam (i wlałam w siebie porto, hehe) na Porto! 😀

      • bo to chyba jest trochę wypadkowa aktualnego nastroju, pogody i drobnych doświadczeń w danym miejscu, ju noł, ktoś się do ciebie uśmiechnie i zagada, ktoś naleje kieliszek gratis, tu słońce zaświeci fotogenicznie, tam zjesz coś dobrego i już dane miasto cię ma. albo nie ma, jak mnie marakesz.

Scroll Up
Inline
Inline