Prawdziwy wakacyjny dzień – kurs na Levanzo!

In Podróże, Włochy

Znalezienie pustej plaży latem na Sycylii jest proporcjonalne do szansy wygrania w lotto – ponoć naukowcy wyliczyli, że z większym prawdopodobieństwem uderzy w ciebie meteoryt. Wyrwanie się z rąk włoskiej rodziny, nawet w tak zwyczajny dzień jakim jest sierpniowy wtorek, to również wyczyn na miarę wynalezienia koła. A jednak. Młoda Polka postawiła na swoim i odkryła sposób na bezludne wakacje. Jak ona to robi?

Nie było tak kolorowo, jak może się wydawać – namówić Sergio, żeby ostatni dzień wakacji spędził bez mamy naprawdę nie było proste, ale zadziałała stara, sprawdzona metoda – zaczyna się na F, a kończy na OCH. Sycylia ma 105 otaczających ją wysp. Do tej pory zobaczyłam tylko jedną (Favignana w 2016r,. czytacie na własną odpowiedzialność), więc wychodzi mi średnia pół wyspy na rok – życia mi nie starczy, żeby je wszystkie zobaczyć! Nie żebym nie mogła bez tego żyć, są bowiem inne miejsca na świecie, które chcę odwiedzić sto razy bardziej. Ale taka już moja cygańska natura – nie potrafię siedzieć w miejscu, wiedząc, że dookoła TYLE się dzieje! I nie są to odległości, na pokonanie których trzeba poświęcić pół dnia. Rejs z Trapani na Levanzo trwa nieco ponad 30 minut. Moje argumenty okazały się skuteczne i ostatni dzień na Sycylii był zarazem jedynym, prawdziwym wakacyjnym dniem tego roku.

O mały włos nie przegapiliśmy wyspy – statek, który płynie na Levanzo, płynie także na Favignanę i to właśnie tam kierowało się całe 100 % pasażerów (poza nami), wobec czego kiedy kapitan krzyknął ”Levanzo!”, a nikt z podróżnych nie ruszył się z miejsca, nie wpadliśmy na to, żeby wysiąść. Coś nas tknęło i wyskoczyliśmy w ostatniej chwili, po odcumowaniu. Na Google images wioska wydawała się bielsza i większa. W rzeczywistości (a była 7 rano) chmury i mgła wiszące nad domami nie zapowiadały raczej pogody życia, a wioska okazała sie wioseczką. O 7 rano po ulicach biegały tylko koty, wszędzie suszyło się pranie, a my czuliśmy się trochę jak intruzi. Domy położone są bardzo ciasno obok siebie, właściwie z jednego okna można wyraźnie zobaczyć, co w telewizji ogląda sąsiad. Nie ma tu wielkich turystycznych atrakcji, nie ma targów rybnych, a jeden z dwóch barów na wyspie był jeszcze zamknięty. Co robić o tej godzinie na głęboko śpiącej wyspie? Kupić bohen lokalnego chleba i pędzić w poszukiwaniu tych wszystkich rajskich plaż!

Znowu w życiu mi nie wyszło

Lezione numero uno – włoskie wyspy i otaczające je plaże to nie bałtycki droby i miękki piasek. Buty trekkingowe, och buty trekkingowe, gdybym tylko je wtedy miała! Albo gdybym bardziej przykładała się do lekcji geografii w szkole, pamiętałabym, że Sycylia to wyspa powulkaniczna, kamienista.

Bardzo bawi mnie sposób w jaki życie (albo wszechświat, czy ktoś mógłby powiedzieć Bóg) sprowadza mnie na ziemię. Wiecie, macie jakieś plany, wszystko wydaje się być proste, jesteście spokojni, szczęśliwi i nie spodziewacie się, że coś może pójśc nie po waszej myśli. Oh well, mogłabym napisać książkę grubości wszystkich części Harrego Pottera o tym, jak nie raz, nie dwa, ani nie sto, się w życiu zdziwiłam. Przykład z Levanzo – patrząc na mapę wyspy wydaje się, że w ciągu całego dnia jesteś w stanie przejść ją całą. Być może w październiku, bo latem od godziny 10.00 jest już niewiarygodnie gorąco i duszno. Patrzysz z góry (bo na Levanzo ścieżek jest niewiele i większość idzie górami), widzisz tę przejrzyście czystą wodę i wyobrażasz sobie jak w niej pływasz, a wokół ciebie stado kolorowych małych rybek. W rzeczywistości rybki okazują sie statem meduz, w miejscu, do którego szedłeś dobrą godzinę, i to w jedynym, w którym wejście do wody było w ogóle możliwe.

Wiecie ile razy w ciągu tego jednego dnia szliśmy gdzieś bez celu i sensu, z jakąś głupią nadzieją w głowie, że jednak jest po co, po czym w połowie drogi zawracaliśmy? Cztery. Dwa podejścia do plaż, gdzie jedna pełna była właśnie tych parzących skurczybyków, a druga z pionową ścianą z marmuru (wskoczyć wskoczysz, ale jak potem stamtąd wyjść?), jedna ślepa uliczka – droga, która okazała się również kończyć pionową ścianą góry, za która było już tylko morze, oraz pragnienie dojścia na zachodnią częśc wyspy i latarnię morską – po ponad godzinie na słońcu, czerwoni jak raki i z malutką butelką wody, zasnęliśmy w pierwszym lesie, który minęliśmy i nie przeszkadzało nam nawet, że był to las sosnowy, a igy wbijały się wszędzie.

Rajska plaża, tylko di Caprio brak

Po tym jak poddajesz się i przestajesz wybrzydzać, kamienie już tak bardzo nie wbijają się w stopy, a ty nawet zaczynasz lubić tę wyspę. Dotarliśmy do maluteńkiej plaży, nieważne, że pełnej już o tej godzinie ludzi. Ta woda była tak czysta, że widziałam odrastające na nogach włoski! I kupy maleńkich, kolorowych rybek, które pływały między nogami i wyglądały jakby przyszły się przywitać. To była prawdziwie rajska plaża i oddaję nerkę, a nawet dwie temu, kto jest w stanie zbudować mi taką w Warszawie! Czy jest tu jakiś inżynier?

Po południu miasteczko było już pełne ludzi. Statki rejsowe podpływały co 15 minut wypluwając grupy turystów jedną za drugą, a zmącona od motorówek woda nie wyglądała już tak zachęcająco. Uroki wakacji w całej swojej krasie, ale był to nasz jedyny prawdziwy wakacyjny dzień i chwała mu za to.

Scroll Up
Inline
Inline