Lato tego roku / Emigracyjny blues

In Przekrój
Gnijesz dla tych kilku tygodni pod pierzynką z bobu, jagód i młodych ziemniaków z koperkiem cały rok. Początkiem czerwca wpadasz w manię poszukiwania ogórków (bezskutecznie), a na każde zdjęcie jagodzianki w Instagramie ściska cię w żołądku (bynajmniej nie z obrzydzenia). Aż w końcu przychodzi sierpień – cały na biało. Mami ciepłymi wieczorami, zapachem traw i babim latem w powietrzu. Wiesz, że nie powinnaś, bo skończy się jak z wypiciem butelki wina -po 30-tce: murowany kac przez tydzień.
Polska latem łamie emigranckie serce w pół. 
Mój pierwszy przystanek to Warszawa. Ląduje lekko na zielonej Sadybie, w mieszkaniu w bloku na czwartym piętrze, gdzie z okna (które natychmiast otwieram na oścież) mam widok na takie same bloki. Pomiędzy lipami co jakiś czas przechodzi starsza pani z pieskiem, lub dwoma, i zawsze są to kundelki. Gdyby w tym momencie podpiąć mnie pod jakiś agregat, liczniki pewnie nie nadążyłyby z przepływem prądu. Jestem szczęśliwa aż do rdzenia, promienieję, wrze, buzuję od tego zwykłego widoku.
Dzień zapowiada się WSPANIALE. Zaczynam od wizyty w piekarni – w wiadomym celu. Kiedy zatapiam zęby w jagodowej papce, a gruba, maślana posypka kruszy mi się na kolana, czas staje w miejscu. Złapałam za rogi samego Hadesa. Tego samego diabła, który przez pozostałe 11 miesięcy trzyma mnie w ciemnościach emigracyjnego Tartaru. I niczym mityczna Persefona, zamierzam skakać po łąkach, zrywać kwiaty i upajać, a także upijać się ich nektarem. Zerwanie narcyza to oczywiście lot powrotny (przyp. red.), o którym nie chcę nawet wtedy jeszcze myśleć.
Zapnijcie pasy, bo karuzela rozpędza się. Z Warszawy przenoszę się bowiem nad morze. O mojej miłości do Bałtyku mogłabym pisać tomiszcza poezji, gdybym tylko umiała, ale czasem nie wszystko da się wyrazić słowami (jest to dokładnie ten przypadek, chociaż próbowałam prozą – tutaj czy tutaj). Kocham Bałtyk w każdej postaci, łącznie z tą w szczycie sezonu parawanowego. Przeszłam prawdziwy bojowy chrzest pracując w młodości nad morzem i autentycznie mało rzeczy jest mnie dziś w stanie przerazić. Poza biletem powrotnym do domu, współczesna Buka. Nie rozmawiajmy o tym.
A więc czy na mojej planecie WAKACJE W POLSCE może być coś jeszcze bardziej ekscytującego? Trzymajcie się, bowiem wjeżdżamy na Bike Week Leba, mój kolejny motocyklowy zjazd (nieważne, że nie mam motocykla).
Atmosfera jest specyficzna i chyba znów pomogło mi wcześniejsze przygotowanie, bowiem moja ekipa (w tym mama! <3) była pod średnim wrażeniem, z czym nie do końca się zgadzam. Muza do 2 nad ranem, tumany kurzu i warczenie silników – czy to są powody do narzekania? Festiwale rządzą się swoimi prawami, a ja nie jechałam tam odpoczywać. Pojechałam poskakać pod sceną (na Big Cycu), wypić przecenione piwo i porobić zdjęcia. Moja wewnętrzna reporterska żyłka jest już coraz cieńsza i prawie przezroczysta, ale jest.
Z każdym kolejnym dniem emigracyjna rzeczywistości wisiała w powietrzu i niczym sieci babiego lata, niechybnie zwiastowała koniec wakacji. Wyciskałam dni do ostatnich kropelek soku, którego nie da się zabrać na wynos. Żadne Malediwy, żadne niezapomniane wakacje z folderu, nic nie może równać się z latem w Polsce, change my mind.
Jeszcze tylko 11 miesięcy!
Scroll Up