Koniec roku, koniec mroku!

In Przekrój

To będzie inny niż do tej pory wpis, choć na upartego można podciągnąć go pod kategorię podróżniczą. W końcu nie określiłam nigdy, w jakie podróże mam zamiar czytelników zabierać, a po kilku latach dokumentowania wypraw fizycznych, postanowiłam pozwolić się zabrać w miejsce, do którego przez bardzo długi czas dostęp miał tylko jeden człowiek na Ziemi. Cóż za wyjątkowe miejsce zapytasz. Chciałabym, by było to najmilsze, mięciutkie i ciepłe schornienie, tymczasem często jest to kraina zimna, pełna kolców i cieni. Ale jako gatunek w miarę szybko adaptujący się do otoczenia (bądź nie, co też jest naturą ludzką), człowiek i w takim miejscu znajdzie ukojenie. Niewykluczone, że dopóki wierzysz, że lepiej być nie może, potrafisz się do wszystkiego przyzwyczaić. Każdy ciemny i zimny kąt może okazać się wystarczjąco dobrym miejscem do zamieszkania, jeśli nie widzisz, że można inaczej. Jednak najstraszliwszą rzeczą na świecie jest to, że w końcu wszystko staje się kwestią przyzwyczajenia.

To będzie wpis dedykowany tym wszystkim, którzy zostawieni w pokoju, podczas gdy gospodarz parzy w kuchni herbatę (albo bardzo powoli gotuje sos do makaronu, jak w filmie “Coogan’s Bluff “), na widok wpół otwartego pamiętnika nie zawahają się zajrzeć do środka. Z tą jednak różnicą, że gospodarz nie wyjdzie nagle z kuchni przyłapując intruza na gorącym uczynku, lub – jeśli udało nam się na czas odłożyć pamiętnik, nie spędzimy wieczoru z palącym uczuciem niepewności, czy aby na pewno odłożyliśmy zeszyt w to samo miejsce, pod tym samym kątem, z zakładką na tej samej stronie. W tym przypadku kuchnia stała się portalem do innego świata, świata, w którym czas stanął w miejscu. Nikt już z niej nie wyjdzie, dlatego możemy rozłożyć się na kanapie i poddać lekturze. Usiąść wygodnie, założyć nogę na nogę lub najlepiej zarzucić stopy jedna na drugą na stół, podeprzeć się wszystkimi dostępnymi poduszkami i poluzować guzik u spodni.

Nadchodzi koniec (m)roku

Jakiś czas temu (a dokładnie dwa końce roku temu) wymyśliłam sobie, że zamiast postanowień (których nigdy nie robiłam), wybiorę sobie postać, która mnie w pewien sposób inspiruje bądź ciekawi. Rolą tej wybranej postaci miało być natchnienie mnie, pokazanie innej drogi, czy – można nawet powiedzieć, bycie w pewnym sensie idolem, autorytetem. Pisałam o tym na blogu, ale kilka miesięcy temu wszystkie te wpisy skasowałam. Dlaczego? Powód jest bardzo oczywisty – już w okolicach lutego zapominałam o tym postanowieniu (a jakże!), postać przestała mi imponować lub, bardzo często, nie żyła, przez co jej moc sprawcza wyczerpywała się, ale co najbardziej istotne, przede wszystkim nie czułam, że ten szczególny wybór w ogóle jakoś na mnie wpływał. Oddawałam bardzo wysokie miejsce w swoim prywatnym panteonie, jednak nawet najwierniejszy z wiernych nie otrzymując od czasu do czasu znaku z niebios, straci zainteresowanie. Moje pytanie “Are you still there?” odbijało się od ścian. Niestety nie zostałam zaprogramowana do czekania, przewijając przy tym obrazki miłych wspomnień. Potrzebowałam bohatera, który będzie starał się przynajmniej odpowiedzieć na telefon (znaleźć kogoś dostępnego na każde zawołanie byłoby conajmniej barbarzyństwem), lub jeśli byłoby to niemożliwe, dający jakiś znak swojej obecności. Cień, podmuch ciepłego wiatru, zarys sylwetki w słońcu. Dni mijały, a ja zapędzałam się w próżnię, bardzo ładnie opakowaną próżnię, ze ścianami z najbardziej szczelnego budulca – nic ze środka nie miało prawa wylać się na zewnątrz, nawet przy największym trzęsieniu.

Nie znałam innego sposobu na życie. Dom, w którym wyrosłam, funkcjonuje tak do dziś. Ściany tego maleńkiego mieszkania być może wydają się stabilne, dźwiękoszczelne, trzymające sekrety niczym najcięższa księga tajemnic, ale nawet najgrubszy mur kiedyś pęknie. Pękłam więc ja. Wylałam się z impetem, zostałam małą, bezbronną rybką na dnie pozbawionym wszystkiego, co znałam i co wydawało mi się niezbędne do przeżycia. Łapczywie próbowałam łapać się boi, ale życie raz jeszcze okazało się okrutne, bezdyskusyjne i zerojedynkowe. Nie miałam więc wyjścia jak zacząć swoją własną ewolucję, wyjść na powierzchnię i zachłysnąć się powiewem prawdziwej wolności. Zachłysnąć, bo prawdziwy głęboki wdech jeszcze daleko, daleko przede mną.

szklany klosz pęka

Pamiętam dokładnie rozmowę z terapeutką, którąś już z rzędu, w której padło zdanie “pani Gosiu, pani jest współuzależniona”. Nie pamietam niczego, co wydarzyło się potem. Słowo współuzależniona odbijało się echem od każdej części mojej czaszki, za każdym razem zostawiając na niej tłusty, czarny stempel. Wewnątrzczaszkowe graffiti. Jak to się, do cholery, zmywa?!

Wstrząsnęło to mną z kilku powodów. Po pierwsze, pomimo znajomości takiego terminu jak DDA, zupełnie nigdy nie przypisywałam go do siebie. W końcu tylko jedno z moich rodziców pije. Nie wychowałam się w biedzie, nie przelewało się, ale też nigdy niczego nie brakowało. DDA kojarzyło mi się z patologią, libacjami, wiecznie zapłakanymi dziećmi, śmierdzącymi mieszkaniami, wszami, ojcami wystającymi pod sklepem, w którym zakupy były zawsze na krechę. Znam takie rodziny i moja nigdy się do nich nie zaliczała. Wydawało mi się też, że dzięki temu, że szybko wyprowadziłam się z domu (od razu po maturze), udało mi się uniknąć efektów ubocznych dziecka z rodziny alkoholowej. W końcu żyję sobie całkiem normalnie i przyjemnie, nie mam nałogów ani tendencji do nich. Nie mogę być zatem współuzależniona.

W połowie roku przeczytałam książkę pt. “Mireczek” Aleksandry Zbroi. Zachęcona opisem wydawnictwa: “PRAWDZIWA, PORUSZAJĄCA OPOWIEŚĆ O PRÓBIE ODNALEZIENIA OJCA, KTÓREGO ZABRAŁ ALKOHOL” nie wahałam się ani chwili; kupiłam książkę i od razu zabrałam się za czytanie. Lektura zajęła mi całe dwa dni (chociaż i tak chciałam pocisnąć w jeden), bo czyta się to bardzo dobrze. Szczególnie kiedy ma się wrażenie, że czyta się o sobie. Setki razy odnajdywałam tam siebie, sympatyzowałam z autorką, współczułam jej, jednocześnie myśląc sobie, że ja jestem szczęściarą, bo mam jeszcze szansę na naprawę ojca, który – w przeciwieństwie do tytułowego Mireczka, żyje! Dlatego kiedy kilka miesięcy później ojciec wylądował w szpitalu, ja, zaryczana, ani przez chwilę nie zastanawiałam się nad niczym – wsiadłam w samolot i poleciałam na ratunek!

Pomijając nudne szczegóły, nie wskórałam nic. Przybyłam, zobaczyłam i się rozłożyłam. Wróciłam do domu obwiniając się, że powinnam była coś zrobić, być bardziej skuteczna, a może bardziej delikatna, mówić innym językiem, dać inne przykłady…

Nie zdawałam sobie sprawy, że takie działania kwalifikują mnie pod podręcznikowy przykład osoby współuzależnionej.

aby się od czegoś uwolnić, musisz się z tym zmierzyć

Kiedy dzisiaj czytam ten sam opis powyższej książki, jestem wkurwiona. Ojca autorki nie zabrał alkohol. On zabrał się sam. Jestem wściekła, że  nie widziałam tego wcześniej, choć dziś wydaje się to tak oczywiste! Mam współuzależnienie, o które nie prosiłam, a które muszę teraz, w wieku prawie 30 lat, wymiatać z najgłębszych zakamarków swojej głowy, a wymiatanie to jest męczące i kosztowne. Każda sesja z terapeutką to godzina rozdrapywania rany, która zostawiona samopas być może nie goiła się prawidłowo, ale na ogół nie swędziała. Poza epizodycznymi koszmarami praktycznie nie dawała o sobie znać. Od kilku miesięcy każdy poniedziałek to godzina dłubania w świeżym strupku, ciągnięcie cieniutkiej skóry i polewanie rany buzującą wodą utlenioną. Musisz, bo inaczej wda się zakażenie. Współuzależnienie. Zaciskasz zęby i lejesz, choć piecze jak cholera, a łzy leją się bez końca.

Właśnie w takich chwilach potrzebuję bohatera. Kogoś, kto powie, że wszystko jest ok, że jest to do przerobienia, a ja nie jestem sama ze swoim wstydem i przerażeniem. Późno lub nie, uświadomiłam sobie, że tylko i wyłącznie ja sama mogę sobie pomóc, a przede wszystkim mogę i powinnam sobie wybaczyć i współczuć. Mnóstwo błędów, które popełniłam ma swój początek dawno temu i niektórych schematów zwyczajnie nie będę już w stanie poprawić, ale wiedząc, że zrobiłam wszystko, aby nie ciągnąć za sobą smrodu, żyje mi się lepiej. Akceptuje to, co było – widocznie nie dało się inaczej, ale idę do przodu i buduję sobie życie na własnych zasadach.

Nie będzie zaskoczeniem jeśli ujawnię, że w tym roku, pomimo absolutnie ciężkich i zbyt długich 12 miesięcy to ja sama zostaje swoim bohaterem. To dla mnie przełom pod wieloma względami, także dlatego, że w 2022 skończę 30 lat i czuję, że najwyższy czas zamknąć za sobą pewne drzwi, a klucz wyrzucić. Nie jestem w stanie cofnąć czasu, ale mogę dociekać przyczyn, a przede wszystkim ratować tylko to, co jestem w stanie uratować. Siebie. Destrukcyjne schematy pozostaną częścią mojej tożsamości. Uczę się jak sobie radzić sama ze sobą, ale odpuszczam sobie zbawianie świata.

Mam ogromne szczęśćie, że znalazłam człowieka, który akceptuje mnie ze wszystkimi moimi demonami. Jestem w szcześliwym związku, mam wokół siebie przyjaciół i psa, współtworzę rodzinę, w której nie ma miejsca na krzywdę. Przede mną jeszcze długa droga do skompletowania narzędzi, którymi zbuduję sobie wymarzony świat, ale najważniejszy fundament już stoi: powiedziałam sobie dosyć.

Wiem, że czeka mnie jeszcze ogrom pracy, bo to, co za mną, to przysłowiowy wierzchołek góry lodowej. Muszę na nowo zbudować swój świat i pozycję dziecka, zrozumieć przyczyny i fakty. A rzeczy, które wymykają się logice, zaakceptować i wysłać na wieczny odpoczynek. Do końca życia będzie mi żal pewnych spraw i ludzi, ale smutek nie może przysłaniać rzeczywistości i wpływać na nią. Zbyt długo jechałam na tym wózku, żeby móc powiedzieć, że była to fajna przygoda. Tymczasem szykuję już stos chusteczek na poniedziałkowe spotkanie i życzę wszystkim, którzy tego potrzebują, znalezienia w sobie siły. Na bycie słabym, na współczucie sobie, na płacz nad własnym losem i obrócenie tych doświadczeń w tarczę. Powiedzenie “co nas nie zabije, to nas wzmocni” nie wzięło się w końcu z nikąd, prawda?

Scroll Up