Jordania na roadtrip dla amatorów

In Podróże

Kiedy ktoś zadaje ci pytanie, które brzmi mniej więcej tak: „ej stara, mamy jeszcze jedno wolne miejsce na Jordanię w marcu, jedziesz?” a ty się wahasz, bo twój mąż boi się podróży do krajów Bliskiego Wschodu, to moja rada jest jedna: zmień męża.

Na szczęście ja miałam i zjadłam ciastko.

Pojechałam do Jordanii i obyło się bez rozwodu.

Ale bylibyśmy już spotykali się u adwokata, gdybym dziś musiała sobie pluć w brodę, kisząc się w domu bez doświadczenia sandboardingu (piasku w zębach), oddechu wielbłąda na mojej twarzy (to tylko literackie wyolbrzymienie, żeby podtrzymać waszą uwagę), jedzenia falafeli 3 razy dziennie, czy mojej nowej miłości, kawy z kardamonem. Ilość przygód, nowych doświadczeń, smaków i bodźców w przeciągu zaledwie 7 dni, była tak ogromna, że spisanie ich zajmie mi pewnie kolejne 4 miesiące, ale chyba znowu wszyscy jesteśmy teraz slow i uważni. A do Jordanii pewnie szybko nie polecimy.

Tymczasem kto gotowy, to wskakujemy na wielbłąda, czy innego osła i yalla!  (Ja w stroju i kapeluszu Indiany Jonesa, oczywiście!)

Pic. @michalmieta 

Przystanek #1 -Madaba

Próbuję zgrywać twardzielkę (w szerokich spodniach Indiany Jonesa) i udaję, że jestem bardzo obiektywna w tym swoim pisaniu, ale prawda jest taka, że Madaba, pierwszy i ostatni przystanek na naszym roadtripie, okazała się najbardziej zaskakującym i magicznym dla mnie miejscem. Chociaż Amman, stolica, ma dużo więcej do zaoferowania, jest zwyczajnie ładniejszy, ciekawszy, bardziej pełen życia (pisałam o tym tutaj) , to właśnie po pobycie w Madabie zakochałam się w Jordanii. Miałam nawet plan na powrót w okolicach maja, na dłużej. Tak, wiem, wszyscy mieliśmy jakieś plany, nikt nie chce teraz o tym czytać.

Pic. @symulakrum 


Przez Madabę przelewają się tłumy turystów. Miasto leży niedaleko głównego lotniska Jordanii, nad Morzem Martwym i słynie z ważnych historycznych wydarzeń dla wielu wyznań. Chrześcijanie, Żydzi i Muzułmanie pędzą na świętą Górę Nebo, na miejsce chrztu Jezusa, ruiny zamku Heroda, czy do któregoś z wielu kościołów. Najsłynniejszy, cerkiew św. Jerzego ze słynną mozaikową mapą Ziemi Świętej z VI wieku, przyciąga zarówno pielgrzymów jak i pasjonatów archeologii. W Madabie znajdziemy pozostałości panowania Rzymian (a w Jerashu, mieście położonym na północy Jordanii, największe rzymskie pozostałości pozaeuropejskie!  O czym później), okres świetności Cesarstwa Bizantyjskiego, aż po podbicie rejonu przez Arabów i ustanowienie Królestwa Petry. Wystarczy dosłownie rozejrzeć się wokół siebie, aby trafić na pozostałości którejś z epok, w postaci ruin, budowli, czy mozaik. Ale i najpiękniejsze mozaiki nie są w stanie stopić serca Indiany Jonesa, a ja nie piszę przecież rozprawki z historii!

Pic. @symulakrum 


Może mieliśmy zwyczajnie szczęście (czasem los płata właśnie takie figle!), bo od samego rana dnia pierwszego trafialiśmy po prostu na przyjaznych ludzi i w dobre miejsca. Śniadaniowa kanapka z falafelem mogła być niedobra, bo kosztowała 2 zł, a była bardzo smaczna i kosztowała zaledwie 2 zł! Przypadkowo poznany na ulicy gość zaprowadził nas do absolutnie najlepszej wegańskiej (!!) kawiarni i pierwszej księgarni w mieście (na marginesie dodam, że moim jedynym zadaniem przed przyjazdem był research restauracji w Madabie), po czym okazało się, że gość ma dziewczynę Polkę i właśnie wrócił z Warszawy. No i co z tego, mógłby ktoś zapytać. A ja lubię takie drobnostki, nieistotności, z których potem składam sobie cały obraz. Zupełnie jak mozaiki!

przystanek #2 – morze martwe

No cóż, nazwa nie wzięła się z nikąd. W morzu nie ma po prostu żadnego życia, a to, które do niego włazi (mam na myśli ludzi), morze wypycha z całych sił na górę, na wierzch, na brzeg. Gdyby tego było jeszcze mało, ostre kamienie solne na dnie wydają się łaskotać nogi czy tułów. Dopiero po wyjściu (a raczej wypełznięciu) na brzeg odkrywasz, że tak naprawdę kamienie cały czas sążnie cięły ci skórę, z której leją się teraz strumienie krwi. A świeże rany plus sól = wielki ból. Morze Martwe w tle śmieje się diabolicznie. Kurtyna.

The Pixies śpiewali, że pływali w Morzu Karaibskim. I doskonale ich rozumiem, pływałam, byłam zachwycona. Gdybym potrafiła pisać piosenki, też bym może taką napisała. Ale pokażcie mi śmiałka, który PŁYWAŁ w Morzu Martwym. To było bardzo dziwne doświadczenie w moim życiu, które na zawsze zmieniło mój pogląd o pływaniu. Na pewno nie do powtórzenia!

„Pływamy” by @symulakrum 

przystanek #3 – petra

Lubię jeździć na wycieczki z ludźmi, którzy tak jak ja, wstają przed świtem, żeby wyciągnąć z dnia jak najwięcej. A przy okazji ominąć tłumy. O 6 rano byliśmy już na nogach i w połowie drogi do Petry.

Nie byliśmy pierwsi przy bramie, ale przy takiej ilości ludzi, jaką zastaliśmy, wszyscy poczuwali się jeszcze do ustąpienia sobie nawzajem miejsca na zdjęcie ja solo + Petra. Później przyszedł pan z wielbłądem i cały układ trafił szlag. ALE MNIE TO NIE OBCHODZIŁO, BO WŁAŚNIE W TEJ CHIWLI PODBIEGŁ DO MNIE MALUTKI SZCZENIACZEK!!!! Tak, wiem, powinnam poświęcić chociaż odrobinę uwagi na miejsce, w którym się znalazłam, na precyzję budowniczych i idealnie miękkie kształty rzeźbione w bardzo twardej skale, ale O BOŻE, ON MA TAKIE MAŁE, OSTRE ZĄBKI I CIĄGNIE MNIE ZA NOGAWKĘ!!! 💛💛💛 Petra stała 2 tysiące lat czekając na moją wizytę, poczeka jeszcze trochę!

Pics @michalmieta

Pics @symulakrum Pic. @michalmieta


W Petrze, mam na myśli cały archeologiczny kompleks, pewne są dwie rzeczy: dużo, bardzo dużo chodzenia, a także i wspinaczki (tylko lamusy biorą do tego osły!!), oraz dosyć nachalne zaczepki ze strony Beduinów (o ile są to w ogóle prawdziwi Beduini, w co trochę wątpię…). Welcome to Jordan na ulicy Madaby nie brzmi tak samo jak welcome to jordan magnets 2 jd na każdym kroku w Petrze. Rozpędzone rydwany, smagane biczami osły i dromadery, a także leniwe dupy turystów niebędących w stanie przejść po płaskim terenie, to po prostu przykry widok. Aplikacja do mierzenia kroków pokazuje mi, że tego dnia zrobiliśmy 20,7 km a także wspięliśmy się na 126 pięter i dlatego o godzinie 15:00 zakończyliśmy zwiedzanie. Indiana Jones zrobiłby dokładnie to samo.

*W tle dźwięk otwieranego piwa Petra jedyne 18% vol.*

Pics. @symulakrum 

Pic. @michalmieta 


Zdecydowaliśmy nie wracać na do Petry po zachodzie słońca z kilku powodów – musielibyśmy znowu pokonać pieszo tę samą trasę (już z pewnością nie 20 km, ale każdy kolejny po prostu bolał), a poza tym oczami wyobraźni (i instagrama) widzieliśmy już te tłumy. Zrobiliśmy sobie miasteczko Petra by night i był to bardzo dobry pomysł! Tradycyjnie wjechał falafel (z zimnymi frytkami w środku 💛) a na deser knafeh (miny poniżej mówią same za siebie).

PRZYSTANEK #4 – WADI RUM

Ponoć w marcu jest tam ciągle jeszcze deszczowo i zimno, i nie ma mowy o zobaczeniu Drogi Mlecznej podczas noclegu na pustyni. Znowu mieliśmy szczęście, bo trafiliśmy na absolutnie letnią pogodę, gdzie jedynym zmartwieniem był niewystarczająco mocny krem z filtrem oraz nów księżyca.


To była długo przeze mnie wyczekiwana część wycieczki i absolutnie jedna z najlepszych przygód życia! Miałam z tyłu głowy, że nie jest to nic wyjątkowego, robią to dziennie tłumy, a ta część Jordanii od lat słynie z tego typu wycieczek. Ale chyba czas pogodzić się z tym, że nie odkryję już żadnego królestwa kryształowej czaszki. Pozostają mi więc dwie opcje: doświadczam fajnych rzeczy, nawet jeśli przede mną zrobiły to miliony, albo zamykam się w bibliotece i szukam sobie starożytnej Atlantydy.

Jazda na pace jeepa 4×4, wspinaczka po skałach, krajobraz jak z Marsa, wiatr we włosach, piach w zębach, opowieści naszego kierowcy o życiu na pustyni (i budowaniu odporności na ukąszenia węży pijąc rosół ugotowany na tymże jadowitym wężu), szukanie miodożera, piosenki o Beduinach, chef Ahmed wykopujący palący się grill spod ziemi (sezon grillowy może trwać w najlepsze jak widać nawet przy złej pogodzie), aż po sandboarding po wydmach i spanie na pustyni z krótką, acz potężną burzą piaskową rano. To tylko część epickich wydarzeń tego dnia. Każde pieniądze za takie atrakcje i z taką ekipą! 

Pic. @symulakrum 

Pics. @michalmieta

przystanek #5 – akaba

Miasto, z którego przywiozłam AŻ 1 ZDJĘCIE. Liczyliśmy głównie na kąpiel w Morzu Czerwonym, które okazało się jednak piekielnie (hehe) zimne. Z resztą, od samego wjazdu wiedzieliśmy, że nic tu po nas. Pomimo wielu prób nie udało nam się też wejść do meczetu Sharif Hussein bin Ali Mosque. Zjedliśmy więc mezze z widokiem na meczet, po czym udaliśmy się z powrotem na północ, przez najbardziej epicką burzę piaskową! To dopiero był Mars!

„Piwo tak dobre, że urywa ryja” by @symulakrum

przystanek #6 – rezerwat i wioska dana

To miejsce z pewnością zasługuje na dłuższe posiedzenie. Jak podaje portal wildjordan.com„Dana is Jordan’s largest nature reserve, covering some 320 square kilometers of spectacular mountains and Wadis along the face of the Great Rift Valley” . Nasz roadtrip powoli dobiegał jednak końca i wybór na ostatnie 2 dni padł na Amman, ponoć często pomijany przez turystów. Cały nasz pobyt, a właściwie przystanek, trwał więc 20 minut, gdzie dobitnie mogliśmy przekonać się o tym, co nas omija.

przystanek #7 – jerash

Pisałam już przy okazji Ammanu, że Jordańczycy mają inne, niż my, podejście do starożytnych budowli. To samo tyczy się pozostałości rzymskich w Jerashu, mieście na północy kraju, założonym w IV w. p.n.e. przez Aleksandra Wielkiego, a będącego u szczytu świetności za panowania cesarza Trajana, w II w. Cały starożytny kompleks pozostaje największym i najlepiej zachowanym pozaeuropejskim miastem cesarstwa rzymskiego. Na podstawie ruin w Jerashu dużo łatwiej wyobrazić sobie układ i funkcjonowanie starożytnych rzymskich miast (jeśli was to oczywiście interesuje!), a to za sprawą dobrze zachowanego układu ulic. A ten nie zmienił się nawet podczas przebudowy miasta w średniowieczu (w tamtych czasach ważniejsze było przebudowanie świątyń na kościoły). Dlatego dziś możemy chodzić po autentycznym rzymskim civitas – z jego strukturą, główną bramą, hipodromem, teatrami, fontanną czy nawet antycznym sklepem mięsnym!

Pics of me @symulakrum 

Tu też przydałaby się przynajmniej doba na przejście miasta od A do Z, bowiem kamieni, kolumn i ruin jest naprawdę sporo i przyznaję, że zasługują na więcej uwagi, niż mogłam im tego dnia poświęcić, ale… burczało mi już w brzuchu!


Jerash będę wspominać wyśmienicie nie tylko z powodu historii. Właśnie tu trafiliśmy na absolutnie najlepszy falafel tygodnia. Tak dobry, że jedliśmy jeszcze gorące i po dwa na głowę! Znowu za ok 2 zł za kanapkę. Słaba ze mnie blogerka podróżnicza, bo nie potrafię podać nawet nazwy czy adresu tego miejsca, ale zachęcam po prostu do odkrywania własnych ścieżek. Zawsze to jakaś mini Atlantyda!

Nie da się poznać kraju w tydzień. Sama wiem o Jordanii tyle co widziałam i przejadłam. Nastawienie „na nic się nie nastawiaj” jest najlepszą opcją, z resztą, nie tylko w przypadku wyjazdu do Jordanii. A nieplanowane atrakcje, czy bonusy w postaci szczeniaczków pod samiutką Petrą, to nagroda za pokorę i cierpliwość. I godziny wysiedzone jako środkowy pasażer tylnego siedzenia. Wynajem samochodu to jedyna opcja w przypadku, kiedy chcemy przemieszczać się po kraju. Nie ma tu publicznego transportu. Przed wyjazdem, tydzień w Jordanii wydawał się optymalny. W rzeczywistości tydzień mogłabym spędzić w samym tylko Ammanie, żeby poczuć, że rzeczywiście mogłabym już ruszać dalej. Drogi w Jordanii nie należą do najlepszych, na trasie często jest coś wartego zatrzymania się, są pieski do pogłaskania. Wróciłabym 💛

Pic. @symulakrum

Scroll Up
Inline
Inline