Jak nie zwiedzać Sankt Petersburga

In Podróże

„Nie da się pojechać do tak ogromnego miasta jak Sankt Petersburg bez konkretnej listy” – pomyślała szczęśliwa Marina opatrzona w pękającą od pinezek mapkę.  Ponoć nie da się też wrócić z Egiptu bez doświadczenia zemsty faraona. Dziś, bogatsza o pewne doświadczenie, mogę śmiało przyznać, że zemsta cara bywa równie okrutna… Przed wyjazdem więc zapoznajcie się z treścią ulotki dołączoną do wpisu poniżej, albo skonsultujcie z mózgiem.

Oto ulotka pt. „Jak nie zwiedzać Sankt Petersburga”! 

Nie zwiedzać zimą

Nic nie wygląda tak dobrze na zimowych zdjęciach, jak przykryty śniegiem Sankt Petersburg. Błękitne, różowe, zielone i złote kopuły cerkwi, oblepione białym puchem, są niczym babeczki z kremem: słodkie dla oczu i lekkie dla duszy, a zarazem wyglądają, jakby sama Matka Boska posypała je świeżutkim cukrem pudrem. Oglądając te obrazki (a wystarczy wpisać w wyszukiwarkę hasło „zima w Sankt Petersburgu”), najpewniej bardzo szybko zobaczymy tam siebie w futrzanej czapce z białego lisa, czerwonymi od mrozu policzkami, popijający z uśmiechem mocną jak ręka Putina wódkę, po czym wsiądziemy na szalony kulig i odjedziemy dalej do melodii „Katiuszy”. No więc owszem, taką właśnie siebie widziałam na zdjęciach, które miałam zamiar przywieźć. Szczególnie, kiedy aplikacja pogodowa zapowiedziała mróz, słońce i śnieg.

W rzeczywistości śnieg tylko przez 15 pierwszych minut jest biały. Po chwili miesza się z tumanami kurzu, który osiada na wszystkim – ulicach, domach i samochodach. Wypatrzenie czystego samochodu równało się z minięciem na drodze Leonardo Di Caprio! (Jednego spotkałam, widziałam też aż jeden czysty samochód). Biały śnieg po chwili jest już więc szarym, smutnym mazem.

15 minut to również czas, jaki byłam w stanie wytrzymać na zewnątrz. -9 stopni nie brzmi wcale hardcorowo, przecież jeszcze niedawno sami mieliśmy takie zimy. Ale odczuwalna -16, a do tego wchodzący najmniejszymi szczelinami pod ubranie arktyczny, przeszywający wiatr (plus moja zamarznięta ręka trzymająca kapelusz, bo przecież już mi raz odfrunął) i zamarzający pod nosem gil – nie miałam już ochoty na żadne złote kopuły ani stylowe zdjęcia mnie przed nimi.

A propos stylu mam jeszcze ZABAWNĄ anegdotkę. Pierwszego dnia ubrałam się ładnie, co jest przeciwieństwem do ubrałam się ciepło. Zamarzałam, trzęsłam się z zimna bez szalika (!!!!, bo zupełnie nie pasował do futra), odmarzały mi uszy (bo przecież do futra nie założę też czapki!), a pod ciasne jeansy zmieściłam jedynie cieniutkie rajstopy (czy muszę dodawać, że moje martensy nie są ocieplane?). Pierwszy rzut oka na ulicznego żebraka w walonkach i już byłam gotowa oddawać mu wszystkie swoje pieniądze. Szczęśliwie po drodze natknęłam się na sklepik z ludowymi, rosyjskimi chustami z wełny. „To było najlepiej wydane 100 zł ” – powiedziała stylowa Marina, chociaż dla jej migdałków już było za późno…

Nie zwiedzać pod wpływem zobaczonych na instagramie zdjęć

No chyba, że planujecie pozostać w mieście miesiąc. Niestety e-wiza wam na to nie pozwoli. Z resztą, tydzień i tak nie wystarczyłby na porządne obejście i objechanie miasta. Miasta, które powala szerokością. Gdzie ośmiopasmowe ulice i szerokie na 6 metrów chodniki to normalno („normalno” to popularne rosyjskie określenie na coś nienormalnego, jednak przyjętego do obiegu). Gdzie przejście Newy to nie spacer po Moście Poniatowskiego, a kilkunastominutowa przeprawa. Z resztą, do wyboru pomiędzy wyspami mamy aż 369 mostów. I wreszcie, gdzie różnorodność architektury nie raz miesza w głowie. Bo nagle jesteś w Wenecji, a za chwilę na ulicach Rzymu. Wszystko po to, żeby kilka ulic dalej znaleźć się nad kanałami w Amsterdamie, czy pod kamienicami Paryża. A na horyzoncie piętrzy się złota, rosyjska cerkiew. Ilość wartych choć odrobiny uwagi miejsc jest tak ogromna, że możecie darować sobie listę must see i po prostu iść przed siebie, bo i tak co rusz natkniecie się na coś wyjątkowego.

To mój ulubiony i jak do tej pory jedyny słuszny sposób podróżowania. Właśnie dlatego od jakiegoś czasu nie polecam już na blogu konkretnych miejsc. Zwiedzania, odkrywania i podróżowania trzeba się nauczyć. Nie ma jednej słusznej drogi. Dla jednego będzie to odwiedzanie najważniejszych muzeów i galerii, dla drugiego kawa na miejskim placu i podglądanie lokalnych mieszkańców. I każdy z tych sposób jest jak najbardziej ok, jeśli czujesz się z tym dobrze.

Ten akapit również zakończę ZABAWNĄ anegdotką. W Petersburgu zapomniałam o sobie i pędziłam na oślep, aby odhaczyć kolejną z listy atrakcję. W rezultacie, do ogromnego Ermitażu (gdzie gdyby oglądać każdy z przedmiotów przez minutę potrzeba by 11 lat!) dobiegłam na godzinę przed zamknięciem. Wiecie, co udało mi się przez ten czas zobaczyć? Klatkę schodową i trzy różne toalety. Zemsta cara, jak nic!

I to moje jedyne zdjęcia (z przed) Ermitażu…!

Nie Bać się

Chociaż Rosyjscy mężczyźni nie wyglądają na przyjemniaczków (a raczej jak typowi Rosyjscy mężczyźni z amerykańskich filmów –  albo blizny na twarzach, albo jedno mniejsze oko…), myślę, że nie ma się czego bać. Oczywiście to mocno subiektywny punkt, pewnie można znaleźć w sieci masę historii o napadniętych czy oszukanych turystach, ale czy o Sycylii też się tak nie mówi? Oczy należy mieć zawsze na baczności, a plecak z przodu (jak głosił Bruce Lee), jednak Sankt Petersburg to dobrze strzeżone miasto (a jak wiemy, strzeżonego ktoś wyżej również strzeże). Wejście do metra czy na dworce odbywa się zawsze przez elektromagnetyczne bramki i w asyście kilku strażników. Zjeżdżając na peron (nota bene astronomicznie długimi schodami – petersburskie metro to jedno z najniżej położonych na świecie, zjazd trwa nawet 3 minuty) mijamy kolejnych strażników (z tego miejsca pozdrawiam śpiącą nad ekranami monitoringu panią strażniczkę! <3).

Teraz bardziej mi do śmiechu, ale kiedy przekraczając granicę, celnik przez dobre 5 minut lustrował mnie wzrokiem terminatora (miał z resztą robotyczne oczy) i mruczał do słuchawki, nie byłam pewna, czy wjadę do Rosji, czy nie. A więc celników należy się bać. Ludzi na ulicach – niekoniecznie.

Chciałabym pojechać do Petersburga raz jeszcze, ale z wiedzą, którą właśnie przelałam na elektroniczny papier. Z pewnością jednak nie zimą. Słynne białe noce i wygrzewane zmarznięte po zimie kości – to musi być coś warte doświadczenia. Chociaż widok opatulonych babuszek i różowych, pękatych polików dzieci w kombinezonach to ładny widok, cztery dni w mieście w czerwcu muszą być zdecydowanie dłuższe od czterech w lutym. Kto wie, może wtedy udałoby mi się zobaczyć coś więcej, niż kible w Ermitażu… 😉

Za to na pewno ekipa podróżnicza JAK ZWYKLE dobrana idealnie <3

Korona wirus? Nie słyszałam..

Fot. @treppenwitze

Scroll Up
Inline
Inline