Jak zostałam flanerem w Paryżu

In Podróże

Gdyby ktoś nazwał mnie turystką, obraziłabym się na śmierć. Mam ciarki na myśl o tym terminie i robię wszystko, żeby tylko nie zostać pod niego zaklasyfikowaną. Nie chodzę po popularnych miejscach, nie kupuję pamiątek, nie jeżdżę autobusami z tarasem widokowym i nie korzystam z przewodników. Kiedy wybieram się do nowego miasta, to tylko i wyłącznie po to, aby przez kilka dni poczuć się jak jego część. Wchłonąć w miejską tkankę i wcielić się w przechodnia, kwiaciarkę i staruszka w kiosku z gazetami – zupełnie, jakbym mieszkała tam od zawsze. Traktuję to jak zabawę, ale tak naprawdę jest to całkiem dobra szkoła życia. Mogę śmiało więc przyznać, że w pewnym stopniu wychowała mnie ulica

Ulice i w ogóle świat zewnętrzny miast, taki jak podwórka, ogródki kawiarniane, parki, place itd. to absolutnie najbardziej inspirujące miejsca, które uwielbiam obserwować, i których mi wiecznie mało. Godziny w muzeum czy przedłużające się śniadanie to dla mnie okropna strata czasu. Gdzieś, gdzie mnie teraz nie ma, bo siedzę, dzieje się tyle do zobaczenia! Planowanie z resztą też nie wchodzi w grę. Lubię mieć zaznaczone na mapie jakieś punkty, które potencjalnie odwiedzę, ale zasada generalnie jest jedna: gdzie nogi poniosą. Nie czuję zmęczenia, a kiedy chcę na chwilę odpocząć, siadam – w kawiarni, która przyciągnęła moją uwagę, na ławce, murku, czy pod pomnikiem. Mogę wtedy nadal rozkoszować się słodkim byciem tu i teraz, nie tracąc niczego w zamian.

Co ma to wspólnego z moim pobytem w Paryżu? Otóż okazuje się, że francuzi mają na ten typ człowieka – włóczęgi określenie i jest ono absolutnie przepiękne!

Je suis flâneur

Mówi się, że podróże kształcą. I choć mogłoby się wydawać, że weekendowy wypad niewiele ma wspólnego z podróżą, o jakiej myślimy słysząc to powiedzenie; podróżą, z której możemy wrócić odmienieni, z nowymi poglądami, zaskoczeni bądź zszokowani tym, czego doświadczyliśmy gdzieś na odległym krańcu świata, nic bardziej mylnego! Z Paryża wróciłam bowiem nie jako włóczęga, a flaner, a moje życie nigdy nie będzie już takie samo…

Wiedziałam, w głębi duszy zawsze wiedziałam, że czegoś mi brakuje. Nie umiałam się zaszufladkować i na pytanie “kim jesteś z zawodu?” nigdy nie miałam odpowiedzi. Nie do końca pasuje do mnie określenie fotograf – odkąd pracuję w tym zawodzie, mam coraz mniejszą przyjemność wykonywania go. Fotograf to nic romantycznego. To godziny spędzone przy biurku i w programie graficznym. Bardzo przyziemna profesja, w którą nie chcę się wpisywać. Gdybym znowuż miała przedstawić się jako podróżnik, czułabym, jak purpura oblewa mi twarz. Nie chcę nikomu umniejszać – ja po prostu podróżnikiem nie jestem. Ale kiedy przypadkiem (przypadkiem!) natknęłam się w Paryżu na termin “flâneur”, poczułam szybsze bicie serca, a głos w mojej głowie wykrzyczał “bingo!”.

Flaner, bo tak określenie to brzmi po polsku, to za Wikipedią: postać, której życie składa się ze spacerowania, chodzenia po mieście i kontemplowania miejskiego życia. To ktoś, kto spędza długie godziny na obserwowaniu i komentowaniu życia ulicy. “Flaner to osoba tajemnicza, ciekawa świata, to dobry obserwator o lekko ironicznym nastawieniu do rzeczywistości. Samotnie pokonuje ulice metropolii, uwielbiając powolne wędrówki (…). Jest poetą lub pisarzem, malarzem, filozofem albo po prostu dandysem i lekkoduchem. Flaner bez wątpienia wie, jak w niespieszny sposób celebrować codzienność. (źródło)   Potrzebowałam kilu lat praktyki, ale myślę, że flanerem się po prostu urodziłam. Taki sposób spędzania czasu zarówno w miejscu, w którym mieszkam oraz w tym, do którego jadę na chwilę, to dokładnie to, o co mi w życiu chodzi. 

DZIEŃ Z ŻYCIA FLANERa W PARYŻU

Wstać o świcie i jeszcze przed 7 wyjść z hotelu. Zanim pędzące tłumy przeleją się przez wagony metra, zdążyć w spokoju usiąść przy kawie. Kawa na wynos to najgorszy wynalazek XX-wiecznego człowieka, a może i samego diabła. Cała godność i istota poranka zamknięta jest w papierowy kubek, który po chwili bezmyślnie ląduje w koszu. Czy ktoś poświęcił tej kawie choć minutę swoich myśli? Jedyny akceptowalny wyjątek: kawa w papierowym kubku w parku.

Paryż o poranku nie różni się od innych metropolii; kobieta wyprowadza psa, staruszek niesie świeże bagietki, łysy mężczyzna biegnie wzdłuż rzeki. Tego dnia pierwszą osobą, na której na dłużej zatrzymuję wzrok jest pewna dziewczyna na rowerze. Pada lekki deszcz, jest chłodno, jej krótkie i mokre włosy rozwiane są w każdym kierunku, a sportowa kurtka co rusz napełnia się wietrznym powietrzem. Dziewczyna zdaje się nic sobie z tego jednak nie robić – dzielnie prze do przodu, jeszcze mocniej wciskając wysokie obcasy w pedały. Robi to z ogromną gracją. Czuję, że odbieram w tym momencie porządną lekcję słynnego francuskiego stylu.

Chwilę później przenoszę się do dzielnicy Marais, którą upodobałam sobie już wcześniej. W Marais jest jakby intymnie. Nie ma tu turystycznych atrakcji, są za to małe sklepiki i pachnące świeżym masłem cukiernie, do których nie ma kolejek. Wpatruję się w ich wystawy i spędzam długą chwilę na próbie wybrania jednej rzeczy, co mi się nie udaje, ale nie zawracam sobie tym głowy. Czeka mnie w końcu długi dzień spędzony w ruchu, kalorie są więc ostatnią rzeczą, o której chcę myśleć. Mam z resztą zamiar poznać Paryż także od strony kulinarnej, a Marais, pełna Żydowskich i  azjatyckich korzeni, wydaje się być do tego miejscem idealnym. Na moment zatrzymuję się w małej rowerowej kawiarni. Weszłam, bo usłyszałam z głośników Dolly Parton. Był to oczywiście strzał w dziesiątkę. Właścicielka okazała się być z Teksasu, a pomiędzy parzeniem kawy szydełkowała swetry i mówiła coś do swojego psa. Trafiam na sporo takich super ciekawych miejsc w Marais, a przy tym nie obijam się o tłumy i nie trzymam kurczowo za torebkę (jak, na przykład, na Montmarte).

Przechodzę małą ulicą pełną chińckich knajp – jest ich tu przynajmniej dwadzieścia. Zatrzymuję sie i przyglądam się scenie w ogórdku jednej z restauracji. Najpewniej doszło do błędu w zamówieniu- kelnerka krzyczy na zdezorientowaną klientkę w nieznanym mi języku, po czym szybko zabiera ze stołu talerz pełen gorącego bulionu. Klientka nie do końca wierzy w to, co się stało, a mnie cała sytuacja rozbawiła. Nie chcąc jednak podpaść rozwrzeszczanej kelnerce postanawiam iść dalej. Poimo deszczu i ciężkich, ciemnych chmur, Paryż jest fantastycznie kolorowy.  Kolory to zdecydowanie mocna strona Paryża (kto widział cytrynowo-żółte stacje metra z soczyście zielonymi siedzeniami, ten wie, o czym mówię!) i kolejny raz przekonuję się o tym, kiedy staję pod gmachem Centre Pompidou. Początkowo biorę budynek za piętrowy parking – od tyłu wygląda jak ogromne rusztowanie. Dopiero kiedy obchodzę go dookoła widzę, że wielkie rury to po prostu część instalacji. Podoba mi się ta strona Paryża, której najmniej się spodziewałam.

Nie spodziewałam się również zobaczyć obrazów Georgii O’Keeffe, mojej ulubionej malarki, w Europie! Miałam więc ogromne szczęśćie obcowania z jej sztuką, a Centre Pompidou to jedyna galeria, którą zdecydowałam się odwiedzić. Spędziłam przyjemne dwie godziny wśród obrazów, które znałam wcześniej z albumów i z internetu, lecz to oczywiście nie to samo! Obrazy O’Keeffe są dosyć proste w swojej abstrakcji, jednak nie sposób oderwać od nich wzroku. Kolory, których artystka użyła do malowania nieba, piasku, czy kwiatów, są wręcz nieziemskie. Wystawa mieści się na ostatnim, szóstym piętrze gmachu, z którego rozpościera się widok na panoramę Paryża. Zaczynam rozumieć słynny romantyzm miasta kiedy zza mgły wyłania się sylwetka Wieży Eiffla pośród szaro-niebieskich dachów tonących w listopadowym deszczu. Ten widok roztopiłby serce najtrwalszego z twardzieli, idę o zakład!

Tego dnia kręcę się jeszcze po różnych częśćiach miasta; poluję na wegańskie croissanty w małej cukierni przy Placu Republiki (po jednym klasycznym mam dość masła na kolejny rok), piję fantastyczne bordeaux w 19 dzielnicy (nad kanałem Bassin de la Villette), gdzie rano odkryłam fenomenalną kawiarnię. Wieczór spędzam w gronie znajomych w barze ukrytym na zapleczu samiutkiego Moulin Rouge. W takich miejsach czuję, że złapałam samego diabła za rogi – jestem w centrum turystycznego piekła, z każdej strony wychylają się autokary turystów, a specjalnością tutejszych sex shopów są gumowe dildo w kształcie Wieży Eiffla (litości…). To jedno z tych miejsc, które znają tylko lokalni mieszkańcy, bez szyldu i reklam. Zainteresowanym podam adres, proszę o racjonalne oferty! 😉

Scroll Up
Inline
Inline