Fistful of lessons, czyli lekcje z filmów z Clintem Eastwoodem

In Przekrój

Ilekroć słyszę nazwisko Clint Eastwood, przez moją głowę przewijają się zawsze te same obrazki: dziki zachód, tumany kurzu, miasteczko pionierskie gdzieś na prerii i enigmatyczny, małomówny Mężczyzna Bez Imienia w ponczo i z cygarem w ustach. Choć charakter ten powstał grubo ponad 60 lat temu, a sam Eastwood na przestrzeni lat grał wiele postaci, ikoniczna rola w trylogii Sergio Leone do dziś jest jedną z najbardziej popularnych kreacji aktora. Pół wieku i naprawdę sporo filmów później (o czym poniżej), Clint zdaje się być nieśmiertelny, zawsze na topie i do dziś pozostaje ulubieńcem publiczności (to nie jest subiektywna opinia). Postanowiłam więc przyjrzeć się temu niesamowitemu zjawisku wielkiego ekranu i już zaledwie po kilku pierwszych filmach wpadłam na pewien trop!

Wyrażę teraz pewnie mało popularną opinię, ale… nie jestem fanką filmów. Inaczej. Lubię filmy, ale nie codziennie i nie wszystkie na raz. Nie jestem w stanie oglądać filmów co wieczór, tak samo jak nie zabieram się za czytanie nowej książki każdego dnia – bo gdzie w głowie zmieścić te wszystkie historie? Kiedy “przetrawić” fabułę i jak w tak krótkim czasie zebrać myśli na temat obejrzanego dzieła? Pewnie można traktować filmy po prostu jako rozrywkę, jednak nie potrafię zrozumieć, co rozrywkowego jest w filmach kryminalnych czy dokumentalnych? Strzelaniny, krzywda, niesprawiedliwość czy bieda – bo są to bardzo częste motywy znacznej liczby filmów, to coś, co zwyczajnie muszę sobie dozować, żeby nie zwariować. Stety – niestety, tak samo jest w przypadku filmów z udziałem mojego ulubionego człowieka z branży, Clinta Eastwooda. Nie pomaga fakt, że w ciągu swojej 65 letniej kariery wystąpił w ponad 60 filmach, a ponad 40 wyreżyserował. Ostatni – “Cry Macho” w 2021 roku.

W ciągu tak długiej i bogatej kariery Clint “był” chyba dosłownie każdym – tajemniczym Mężczyzną Bez Imienia, samotnym ojcem dwójki małych dzieci, szeryfem, piosenkarzem country, fotografem, detektywem, weteranem, ochroniarzem prezydenta, trenerem boksu, żołnierzem walczącym w Europie, płatnym zabójcą, dziennikarzem, snajperem, czy przemytnikiem. Uciekał z Alcatraz (z sukcesem!), wspinał się na alpejski 3-tysięcznik, Eiger (bez kaskaderów!), poleciał w kosmos (ale tylko na ekranie) oraz z powodzeniem ścigał przestępców – od pustynnej prerii, po ulice San Francisco. Tak pokaźna ilość zagranych charakterów oznacza tylko jedno – zajebiście dużo ciężkiej pracy włożonej w przygotowania do roli jak i nauki wielu różnych fachów. O kondycji fizycznej nie wspomnę. Przypomnę jedynie, że w wieku 90 lat zagrał w kolejnym, wyreżyserowanym przez siebie filmie (“Cry Macho”), gdzie biega i skacze przez płot jak młody koziołek. Na tym właściwie mogłabym skończyć, bo sama postać Eastwooda, człowieka – rakiety, człowieka renesansu (bo pomiędzy graniem w filmach Clint nagrywa też jazzowe płyty i przez pewien czas pełnił rolę majora jednego z kalifornijskich hrabstw), to – przynajmniej dla mnie – wielka inspiracja. Jednak znaczna większość filmów z jego udziałem jest zwyczajnie zbyt dobra, żeby mogła zostać przemilczana. A nawet te złe, trochę paździerzowe i miejscami żenujące, mają na ogół jakiś przekaz i właśnie na tym chciałabym się skupić. Dzisiaj o tym, czego nauczyły mnie filmy z udziałem Clinta Eastwooda, bo jest w nich naprawdę dużo życiowych lekcji.

1. Mów tylko wtedy, kiedy masz coś do powiedzenia

Małomówny, stoicki wręcz główny bohater to stały i najbardziej rozpoznawalny element filmów z udziałem Eastwooda. Ten konsekwentny motyw swoje początki ma właśnie w trylogii Sergio Leone, gdzie Clint, jako Blondie, mówi raczej niewiele, właściwie zaskakująco niewiele jak na głównego bohatera. Za to kiedy się odzywa, moc truchleje. Rozmówcę przyszywa nieprzyjemny dreszcz, a zimny pot ścieka z czoła. Zgromadzeni ludzie milkną i zastygają w bezruchu. Kamera śledzi wtedy wzrok bohaterów – niby oczy nie potrafią mówić, jednak w takich chwilach mówią bardzo wiele. Momenty te przedłużają się w nieskończoność, czasem wspierane muzyką trzymającą w napięciu (jak tą mistrza Ennio Morricone).

Jednym z przykładów jest scena w finalnym pojedynku “Dobrego, Złego i Brzydkiego”, w której Brzydki, czyli Tuco rękami i w pośpiechu kopie pod grobem, w którym rzekomo kryje się złoto. W pewnym momencie nad kopiącym Tuco pojawia się cień, w tle wybrzmiewa charakterystyczna melodia z tego filmu, wieszcząca coś ważnego, po czym Blondie ostentacyjnie rzuca łopatę (ta ląduje w ziemi jak strzała) i mówi, cedząc każde słowo:  “It would be much easier with that”. Następnie nonszalancko zarzuca swoje ponczo, a do ust wkłada cygaro. Tuco truchleje. W przerażeniu próbuje chwycić za rewolwer, jednak Blondie samym skinieniem głowy “mówi” mu, że nie jest to roztropny wybór. Brzydki powraca do kopania, tym razem łopatą, co spotyka się z aprobatą Blondiego – twierdząco kiwa głową wracając do swojej ulubionej czynności, czyli palenia cygara.

Takich momentów w filmografii Clinta jest mnóstwo. Kiedy tylko wchodzi do baru, saloonu właściwie, cała zgromadzona tam ferajna milknie (“Unforgiven”). Zapytany przez policjanta czy to on jest poszukiwanym łowcą nagród (z ang. bounty hunter), odpowiada: “A man has got to do something for a living these days.” (“The Outlaw Josey Weles”). Jako detektyw Callahan w serii o Brudnym Harrym rozprawia się z przestępcami w scenerii San Francisco lat 70-tych. Mało mówi, lecz jest stanowczy i zdecydowany w swoich działaniach. W “Nagłym Zdarzeniu” (oryginalny tytuł to “Sudden Impact”) podczas zwykłego zamawiania kawy dostrzega, że znalazł się w środku napaści na kawiarnię. Kiedy jeden z rabusiów próbuje wziąć kasjerkę jako zakładnika, Clint rzuca krótkie “Go ahead, make my day”. Nie muszę chyba mówić, co dzieje się dalej…

I know what you’re thinking, punk. You’re thinking “Did he fire six shots or only five?” Now, to tell you the truth, I’ve forgotten myself in all this excitement. But being this is a .44 Magnum, the most powerful handgun in the world and it will blow your head clean off, you’ve gotta ask yourself a question: ‘Do I feel lucky? Well, do ya, punk?…

Ta zimnokrwista twarz Clinta towarzyszy mu od pierwszych westernów, po filmy, w których jest już mocno zaawansowany wiekiem i reakcja przeciwnika jest zawsze taka sama: pełna trwogi, z wiszącym nad głową widmem śmierci. W “Gran Torino” aktor ma 78 lat i wygląda raczej na poczciwego staruszka, jednak w pewnym momencie z jego ust pada taka kwestia: “Ever notice how you come across somebody once in a while you shouldn’t have f***ed with? That’s me.” 

2. nie wyjawiaj zbyt wielu informacji na swój temat

-I didn’t catch your name
-I didn’t give it

Jakże cenna lekcja w dzisiejszym świecie. Świecie, w którym tak łatwo i chętnie udostępniamy wiele informacji na swój temat. Nie tylko za pośrednictwem mediów społecznościowych, ale także zapisując się na różnego rodzaju newslettery, podając dane do dostępu aplikacji, montując inteligentne głośniki… Nie mam skłonności do wiary w ogóle, dlatego również wszelkie teorie spiskowe są mi dalekie, jednak zawsze kiedy widzę w swoim telefonie reklamę czegoś, czego Z PEWNOŚCIĄ nie googlowałam, a jedynie o tym wspomniałam, zaczynam się zastanawiać, czy aby na pewno nie mamy agentów FBI słuchających nas 24/7. Zainstalowane w każdym pomieszczeniu mojego mieszkania głośniki Google’a są niesamowicie praktyczne (to nie reklama) – ale ten “typ” jest non stop w gotowości do odpowiedzenia na każde moje pytanie, wystarczy, że wymówię “Hey, Google…”, nawet szeptem! Dlatego przypomnienie od czasu do czasu o tym, aby uważać: co się mówi, pokazuje, czy publikuje, wydaje mi się evergreenem wśród porad, jakie powinniśmy sobie dawać. Dzięki, Clint.

3. lepiej miej dobry powód, dla którego mam odebrać ten telefon

A dokładnie, bo jest to niesamowita kwestia: “You’d be well-advised to have a good reason for making this call”. 

Chcę być człowiekiem, któremu nie jest głupio, bo nie odebrał telefonu. Który zawraca z drogi, rzuca zakupy, traci fokus i przerywa rozmowę, bo dzwoni telefon. O ile oczywiście nie czekam na jakąś super ważną rozmowę czy informację; mówię raczej o zwykłym, codziennym życiu. Tyle że to codzienne życie i czas, to właściwie jedyne co mamy (zabrzmiało mocno filozoficznie). Przykład ten pokazuje, a przynajmniej ja interpretuję go tak, że to ja mam wybór, kiedy odbiorę telefon, a nie na odwrót. Niby banał, ale tu również wydaje mi się, że przypominania nigdy dość. Myślę że można, a nawet należy podciągnąć go pod powiadomienia z aplikacji, które chyba jednak częściej dziś “dzwonią”. Niech sobie pikają!

Powyższy cytat pochodzi z filmu “Akcja na Eigerze” (“The Eiger Sanction”, 1975) w reżyserii Clinta Eastwooda. Film jest… fatalny i nie polecam go oglądać, dopóki nie widziało się dobrych filmów z Eastwoodem, bo zwyczajnie można się zrazić! Jednak, jak wspominałam wcześniej, nawet w słabych filmach, jest zwykle jakaś mądrość. Tutaj w bonusie dostajemy również prawdziwy popis aktora, który bez udziału kaskaderów autentycznie wspiął się na Eiger, za wikipedią: “Eastwood did his own climbing and stuntwork under dangerous conditions.” 

4. miej pomocną dłoń skierowaną w stronę potrzebujących

Chociaż w zdecydowanej większości filmów Clint w jakiś sposób stara się po prostu dorobić – w złocie, czy w dolarach, jako włóczęga, czy biedny ojciec, wymierzenie sprawiedliwości i pomoc potrzebującym jest zwykle bardzo mocno związane z jego akcjami. Nie jest to oczywista narracja. W tych filmach to widz ma się domyślić, że ma do czynienia z Robin Hoodem. W “Mścicielu” (“High Plains Drifter”, 1973) zjawia się w miasteczku Lago,  nawiedzanym od jakiegoś czasu przez szajkę złowrogich i zło-czynnych bandziorów. Zostaje więc w mieście i wspólnie z mieszkańcami rozprawia się z bandą, raz a dobrze. W “Niesamowitym Jeźdźcu” (“Pale Rider”, 1985) w podobny sposób nagle pojawia się w mieście prześladowanych i wykorzystywanych ludzi (a dokładnie mówiąc wyłania się z chmur kurzu), by zaprowadzić na miejscu porządek. Bohater na jakiego nie zasługujemy! (W tym przypadku to bardzo mocno subiektywna opinia, nie możecie mnie za to oceniać!)

5. Broń swojego zdania i walcz o prawdę

“I don’t feel like a hero. I’m just a man doing his job.”

Mocno wpisany w grane przez Eastwooda role heroizm przejawia się także w reżyserowanych przez niego filmach, tak jak na przykład w filmie pt. “Sully” z 2016 roku. Ze względu na awarię obu silników, tytułowy kapitan Sully (grany przez Toma Hanksa) zmuszony jest lądować samolotem pełnym pasażerów na wodzie. Akcja przebiega sprawnie i bez ofiar, jednak podważona zostaje decyzja pilota – czy rzeczywiście nie był w stanie wylądować awaryjnie na nieopodal zlokalizowanym lotnisku? Doświadczony i pewny swych akcji Sully nie zgadza się na wmówienie mu, że popełnił błąd i powinien zakończyć karierę. Postanawia udowodnić, że zrobił co musiał i zgadza się na przeprowadzenie symulacji feralnego lotu. Ta jednak pokazuje, że samolot miał wystarczająco dużo mocy, aby dolecieć na awaryjne lotnisko. Kapitan prosi o kolejną próbę, podczas której udowadnia, że w chwili, w której ważyło się życie setki pasażerów oraz będąc pod wielkim stresem, lądowanie na rzece było jedynym słusznym wyjściem. Ostatecznie kapitan Sully zostaje oczyszczony z zarzutów i okrzyknięty bohaterem.

6. wiedz kiedy nadszedł czas na wyjazd z miasta

Czyli inaczej mówiąc, “trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść”.

W Eastwoodowych westernach sprawa jest bardzo prosta – po wykonanej robocie najczęściej zwyczajnie odjeżdża on z miasta, zostawiając za sobą wszystko i wszystkich, bez wyrzutów i emocji. Odcina się stanowczo od pewnej części swojego życia i jest gotowy na to, co przyniesie los. Po skończonej robocie, po wykonanym zleceniu, załatwieniu na amen kogoś, kto zwyczajnie musiał tak skończyć (bo jak wiemy z poprzedniego przykładu sprawiedliwość musiała zostać wymierzona), odjeżdża w siną dal nie biorąc jeńców – w tym przypadku sentymentów, tęsknot i innych zaburzających realny obraz sytuacji marazmów.

Chociaż współczesne życie nie wygląda jak to z westernu (na szczęście!), płynąca z tej lekcji mądrość jest nadal niesamowicie współczesna. Przykład sprzed kilku dni- z powodów zdrowotnych musiałam odciąć pewne składniki, które mi nie służą. Nie, nie jestem tak twarda jak Clint i trochę zajęło mi pogodzenie się z tym faktem (#sentymenty), jednak prawda jest taka, że było to konieczne i teraz żyje mi się lepiej. Takich sytuacji mamy w codziennym życiu mnóstwo i każdy z nas przywołałby pewnie kilka przykładów bez głębszego zastanowienia – trwanie w toksycznych związkach, trzymanie się fałszywych przyjaciół, stagnacja zawodowa, przyzwyczajenia… Clint uczy nas, że trzeba bez wahania wsiąść na konia i odjechać w kierunku zachodzącego słońca, bo tam czeka już na nas nowy dzień!

7. niech przemawiają za ciebie twoje umiejętności, a nie mówienie o nich

Mężczyzna Bez Imienia, bo tak nazwany jest charakter, który Clint portretuje w “The Good, The Bad and The Ugly” ani słowem nie wspomina o swoich imponujących umiejętnościach obsługiwania się rewolwerem. Jednak w każdym pojedynku rozgramia przeciwnika w niesamowicie szybkim tempie, zanim ten zdąży w ogóle skinąć głową, a o sięgnięcie po pistolet nie ma nawet mowy. Podobną taktykę stosuje późniejszy detektyw Callahan w “Dirty Harrym” czy “Magnum Force”.

Bohaterzy grani przez Eastwooda mają jakieś skille, są ich pewni na wylot, dlatego nie muszą nawet w ogóle o nich wspominać. W odpowiednim czasie te umiejętności przemówią same za lub wręcz przez siebie. Bardzo niepopularna dziś cecha, a szkoda.

Wszystkie powyższe elementy: małomówność, tajemniczość, szacunek do własnego czasu, pomoc słabszym czy składają się tak naprawdę w jedną całość. Tworzą bohatera, który – odważę się to powiedzieć – w pewnym sensie jest idealny. Clint Eastwood zdaje się  – pomimo grania tak wielu różnych bohaterów i ról, w zupełnie odmiennych tłach i środowiskach, we wszystkich filmach być praktycznie tym samym człowiekiem. Zmienia się otoczenie, kontekst, aktor się starzeje, ale każda grana przez niego postać składa się z bardzo podobnych do siebie części. Czy jest to przypadek? Czy może zaplanowana kreacja?


Przyglądając się granym przez Eastwooda rolom oraz bohaterom filmów przez niego produkowanych, można wysnuć mniej więcej taki obraz postaci: na ogół w jakiś sposób problematyczny jegomość z niższej lub średniej klasy społecznej (w westernach wręcz outlaw, czyli człowiek wyjęty spod prawa; bądź człowiek z wiszącym nad głową widmem śmierci), próbujący wiązać koniec z końcem lub po prostu wykonujący swoją robotę, enigmatyczny i przyciągający uwagę płci przeciwnej, choć bijący od niego blask działa także i na spotykających go mężczyzn, wymierzający sprawiedliwość bądź dążący za wszelką cenę do prawdy człowiek, który zdaje się nie należeć do środowiska, w którym przyszło mu żyć. Z tak szerokim wachlarzem cech nie trudno o rzesze utożsamiających się z postacią fanów, bez względu na szerokość geograficzną czy pokolenie. Ten brak przynależności granych przez niego bohaterów zdaje się być magnesem na widzów, a nieobecny heroizm (z ang. absent heroism) portretowanych postaci jedynie ułatwia sprawę. Takich postaci w filmach nie da się nie lubić.

Poza sceną Eastwood wydaje się być dokładnie takim samym człowiekiem –  minus strzelaniny (aczkolwiek nie mogę wziąć pełnej odpowiedzialności za te słowa – to jedynie założenia wyciągnięte z artykułów i wypowiedzi aktora). Wielokrotnie krytykował on szowinistyczną branżę filmową, publicznie poparł małżeństwa jednopłciowe i przez dwa lata pracował na stanowisku burmistrza Californijskiego miasteczka Carmel By The Sea, gdzie aktywnie działał na poczet lokalnej społeczności.

“I can´t stand how they behave to people, mostly to women. One day they praise them and the next day they dispose them as piece of the rag, It´s disgraceful. That´s why I tried to employ good actresses even though they didn´t have star names. So I was always on the side of underdogs and outcasts who are losing.

Bohater na jakiego nie zasługujemy, na szczęście wiele możemy się od niego nauczyć!


Zdjęcie tytułowe i pozostałe użyte we wpisie: Alamy/Getty Images

Scroll Up