Czego nauczyli mnie Rdzenni Amerykanie? (Chociaż z żadnym nie rozmawiałam)

In Podróże, Przekrój

Podróż w głąb siebie. Chyba tak najlepiej określiłabym ten etap. Jest to podróż o tyle dostępna i doskonała, ponieważ odbywa się poza ramami określonego czasu. Nie ogranicza jej pandemia, wizy czy granice. Droga – jako bycie w drodze i wychodzenie poza swoje własne ramy i ograniczenia, od zawsze była moją najlepszą nauczycielką. I chociaż wymiar fizyczny podróży to zdecydowanie moja najbardziej ulubiona forma drogi, nie zakładam rąk, kiedy muszę na tę przyjemność poczekać. Wręcz przeciwnie! Byłby to co najmniej milowy krok wstecz i środkowy palec wystawiony sobie sprzed lat.

Podróż, o której piszę dzisiaj, jest na ten moment jeszcze nieukończona. Trwa od jakiegoś czasu, przypływa falami i pochłania mnie mniej lub bardziej. Ostatnie kilka miesięcy było jednak zdecydowanie najbardziej intensywne i czuję, że zaowocowały.


Moją podróżą jest zgłębienie historii Rdzennych Amerykanów, tzw. “Indian”. Nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć dlaczego jest to tak interesujący mnie temat, po prostu jest. Z pewnością jego podstawy wyniosłam z domu. Mój ojciec w młodych latach nosił długie włosy i plótł warkocze (ma kruczoczarne włosy). Miał nawet “indiańską” ksywę i od zawsze najlepiej czuł się w naturze. Pomieszkiwał w lesie, gdzie bez problemu potrafił przeżyć bez strachu kilka tygodni, także zimą. Pamiętam, że mnie i moim braciom budował tipi. Na wycieczki zabierał nas do lasu, uczył szacunku do przyrody, a w niedzielę wspólnie oglądaliśmy westerny. Miał niewiele książek, a te, które do dziś są w naszym domu, to “Orle pióra” czy “Winnetou”.

I chociaż jest w tym wszystkim masa wspaniałej nauki, którą doceniam, to wiem, że mając współczesne źródła i zasoby, nie mogę jedynie poprzestać na wspomnieniach z dzieciństwa. Dlatego postanowiłam na własną rękę dowiedzieć się więcej. W latach 70-tych XX w. mój ojciec nie miał zwyczajnie szans poznać wielu faktów, do których ja mam dziś dostęp na wyciągnięcie ręki (dosłownie, w smartfonie). Zgłębiając historię Rdzennych Amerykanów odkryłam, że wiele powielanych przez nas kwestii jest zwyczajnie krzywdzących i niesprawiedliwych, a sposób życia plemion, którym tak drastycznie odebrano świat i rzeczywistość, powinien być nauką dla współczesnego człowieka bardziej niż kiedykolwiek.

Wpis podzieliłam na dwie części. Pierwsza, poważna i być może nieco trudniejsza w odbiorze, odnosi się do rzeczywistych, namacalnych faktów i akcji. Zawarłam w niej informacje historyczne oraz współczesne odniesienia. Część druga ma wymiar nieco bardziej duchowy, ale nie uduchowiony.  Jako osoba dosyć twardo stąpająca po ziemi, nie podjęłabym się pisania o temacie, o którym nie mam pojęcia.
Całość oparłam na wiedzy z książek, listę których podaję na końcu. Jestem świadoma, że moja wiedza nie w tym temacie nie jest kompletna, dlatego traktuję ten wpis jako otwartą przestrzeń, którą być może z czasem będę aktualizować. “The road goes on forever” – droga ciągnie się bez końca, a ja jestem dopiero na jej początku.

Część 1

Nie używam słów “Indianie”, “Indianin”, “Indianka”

Pierwszy raz zakwestionowałam ten termin, kiedy mój rozmówca (w rozmowie w języku angielskim) dopytał, czy mam na myśli Indie. Oczywiście nie tego dotyczyła rozmowa i pamiętam, że sporą chwilę zajęło mi zrozumienie, że termin “Indians” rzeczywiście w języku angielskim nie ma sensu. Idąc tym tropem zastanowiłam się także, dlaczego w języku polskim na mieszkańców Indii nie mówimy Indianie, tylko Hindusi. Było to kilka lat temu, doskonale pamiętam tę sytuację, jednak dopiero od niedawna postanowiłam wprowadzić tę poprawność polityczną w życie.

Co w tym złego?

Nazywanie rdzennych mieszkańców Ameryki wynika z błędu Kolumba, który przekonany był, że dopłynął do Indii. 12 października 1492 r., w dniu w którym jego statek przybił do wyspy, którą dziś nazywamy Bahamami, zapisał w swoim dzienniku: ” They ought to make good and skilled servants, for they repeat very quickly whatever we say to them. I think they can very easily be made Christians, for they seem to have no religion. If it pleases our Lord, I will take six of them to Your Highnesses when I depart, in order that they may learn our language.”  Zapis ten doskonale pokazuje poczucie wyższości białych Europejczyków nad ludami tubylczymi, a także ogromną do nich pogardę. Jedynym celem tej podróży było przywłaszczenie sobie terytoriów, dóbr (głównie złota) oraz chrystianizacja (jakże z resztą aktualne do dziś!).

I chociaż nie ma na świecie człowieka, który osobiście pamiętałby wydarzenia z XV w., słowo “Indianin” nadal niesie za sobą krzywdzący i pejoratywny wydźwięk. Wystarczy zastanowić się z czym ono nam się kojarzy. Najpewniej w głowie od razu pojawia się długowłosy mężczyzna w pióropuszu, palący fajkę gdzieś na otwartej prerii, albo wojownik na koniu, z pomalowaną twarzą i łukiem w ręku. Prymitywni, biedni ludzie. Stereotypy bolą, nieprawdaż? Słowa mają siłę i naładowane są skojarzeniami, które dla pewnej części społeczeństwa mogą być zwyczajnie niesprawiedliwe i obraźliwe. Tym bardziej, jeśli społeczność ta dyskryminowana i uciskana jest po dziś dzień…

“Murzyni”, czy “Eskimosi” to dokładnie ten sam przykład! W 2021 nie jest to już nawet zabawne. Po prostu głupio i źle to brzmi i świadczy tylko i wyłącznie o arogancji.

Ps. Jakiś czas temu w “Przekroju” pojawił się ciekawy i wyczerpujący artykuł na ten temat, do którego odsyłam tutaj. 

Jak więc poprawnie określać ludzi z tej szerokości geograficznej? Osobiście najczęściej używam określenia “Rdzenni Amerykanie” lub “Natywni”. Ale żeby nie było zbyt łatwo, tutaj także zaczynają się schody…

nie generalizuję plemion

Ta część wynika z poprzedniej, bowiem nazywając kogoś “Rdzennym Amerykaninem” to tak, jak nazwać Polaka “Europejczykiem” – w znaczeniu geograficznym oczywiście. 562 to liczba plemion w samych tylko Stanach Zjednoczonych. Do tego dochodzą plemiona z Kanady, Alaski i wysp Pacyfiku. Plemion, które dla nas zlewają się w jeden obraz. Tymczasem społeczności te różniły się od siebie często diametralnie! Językiem, ubiorem, zasobami które znajdowały się na ich terytorium, obrzędami, sposobem życia, budowaniem miast, domów i osad. Tipi czy wigwamy to najbardziej znane, jednak nie jedyne mieszkania Rdzennych Amerykanów. Osiągające ostatnio ogromną popularność i kosmiczne ceny domy adobe w południowej części USA powstały właśnie przez ludzi z plemion Hopi, Zuni czy Pueblo, podczas gdy Inuici na dalekiej północy stawiali igloo. Myślę, że jest to bardzo dostępny i zrozumiały przykład ukazujący różnorodność tej szerokości geograficznej. Jeden z wielu. Pod tym linkiem (klik) znajdują się zdjęcia i opisy domów różnych plemion.

Trafiłam kiedyś na alfabetyczną listę plemion (tutaj). Nie potrafię nawet policzyć ile ich tu jest!

Źródło

Nie przywłaszczam sobie elementów kultury Rdzennych Amerykanów

Przyznaję, że ta część idzie mi zdecydowanie najbardziej opornie. Pewne rzeczy mocno przyjęły się w moim obiegu i nigdy nie kwestionowałam ich pochodzenia, a już zupełnie nie przyszłoby mi do głowy zastanawiać się, czy dla kogoś na innej części świata może mieć to charakter obraźliwy. Pamiętam wycieczkę szkolną do “wioski indiańskiej”, chyby gdzieś pod Wrocławiem. Każdy dzieciak do zdjęcia dostawał na głowę pióropusz. Czy kilkanaście lat temu ktokolwiek zastanawiał się nad tym, czy jest to w porządku wobec autentycznych Rdzennych Amerykanów?

Popularne dzisiaj łapacze snów ochoczo wieszane nad łóżkami w celach dekoracyjnych również mają swoje pochodzenie w Ameryce, a każdy z jego elementów niesie ze sobą znaczenie: “According to Indian tradition, dream catchers should resemble a spider web and are to be placed above a baby’s cradle. The web filters out nightmares, allowing only good dreams to pass through to the sleeping child below. A dream catcher is supposed to be made in intricate, ceremonial steps that include giving thanks for the spirit of the wood used in it. Those steps fall by the wayside when a person buys a make-it-yourself kit from a discount store, says Gerald White, a member of the Leech Lake Band of Ojibwe.” (źródło) 

Tę zasadę należy oczywiście podciągnąć także pod inne kultury, dotyczy ona bowiem nie tylko ludności Ameryki. Nie chcę nawet zaczynać tematu popularnych posążków Buddy w każdej dostępnej formie, do kupienia już chyba absolutnie wszędzie…

“Leniwiec to mój spirit animal!” – w miejsce leniwca można wstawić cokolwiek, ale czy “spirit animal” nie brzmi trochę jak coś zaciągniętego z wierzeń Rdzennych Amerykanów? To w końcu wiele tamtejszych plemion posiada zwierzęta lub ich uosobioną formę jako bóstwa, totemy czy przewodników duchowych. “In my teachings, a Spirit Helper isn’t something you choose or identify with but rather something that comes to you in your time of need. Perhaps the animal represents something that holds a certain value, such as strength in a bull or agility in a dragonfly… ” (źródło)

Bez bicia przyznam się, że mam w swoim mieszkaniu kilka przedmiotów utożsamianych z kulturą Natywnych i nie umiem się ich pozbyć. Usprawiedliwiam się źródłem ich zakupu (z drugiej ręki) oraz chyba jakimś przywiązaniem. Jestem natomiast w rozbiciu jeśli chodzi o przedmioty obecnie wytwarzane przez Rdzennych Amerykanów i tę kwestię muszę jeszcze zrozumieć. (Mówiłam na wstępie, że jestem na początku drogi. Nie jest tak łatwo, jak mogłoby się wydawać.)

Mój zgrzyt dotyczy przedmiotów, które wytwarzane są przez samych Rdzennych Amerykanów i nawiązują do ich kultury. Za przykład niech posłuży wymieniony już łapacz snów. Jeśli wytworzył go i sprzedaje Natywny, to czy ja, kupując go, przywłaszczam sobie nie swoją kulturę? Odpowiedź brzmi: tak, jest to przywłaszczenie kulturowe. Wobec tego kto i w jakim celu mógłby nabyć ten łapacz snów? Jeśli tradycyjnie jest to przedmiot wykonywany podczas specjalnych ceremonii, to czy człowiek ten powinien w ogóle sprzedawać tego typu przedmioty?

Śledzę kilkudziesięciu rzemieślników różnego typu na Instagramie. Jest tam m.in. człowiek, który ręcznie wytwarza kapelusze i ozdabia je piórami czy kamieniami (najczęściej turkusem). Jest dziewczyna szyjąca maseczki w metyskie wzory i firma produkująca kosmetyki. Śledzę także kilka projektantek mody, które przez te ubrania propagują swoją kulturę. To mogę kupić ich przedmioty, czy nie? Czy w takim razie są one zarezerwowane tylko dla rdzennej ludności?


CZĘŚĆ 2

Szanuję wszystkie formy życia i jestem z nimi w harmonii

Chociaż brzmi to jak typowy stereotyp, w tym przypadku podstawa tych skojarzeń na szczęście wywodzi się z historii. Świat i każda z jego części dla Rdzennych Amerykanów były święte. Różne plemiona miały na to swoje określenia:”Wakan Tanka” u Dakotów, “A’wonawil’onas” u Zuni, czy “Tirawa” u Paunisów, jednak odnosiły się one zawsze do istoty stworzenia. W Chrześcijaństwie Bóg istnieje jako coś ponad stworzeniem. U Rdzennych Amerykanów wszystko co stworzone, miało w sobie pierwiastek boski. Jako osoba raczej mocno stąpająca po ziemi nie wyobrażam sobie, będąc na przykład w lesie, że drzewa i kamienie mają duszę i przemówią do mnie, ale nie ograniczam się też do myślenia, że pełnią one nieistotną funkcję. Wszystko ma cel istnienia i jest ze sobą powiązane. Skały, ziemia, sadzawka czy liście drzew są domem bądź pożywieniem dla innych gatunków i muszę o tym pamiętać, nawet jeśli nie wpływają one na mnie bezpośrednio.

Jak wobec tego stosuję tę zasadę w życiu? Bardzo prostymi i dostępnymi krokami. Nie niszczę przyrody, nie zrywam liści ani kwiatów, nie depczę miejsc, które nie są ścieżkami, nie dłubie w korze drzew (nigdy tego nie zrozumiem!), nie śmiecę (tyczy się to nawet gum do żucia), a co za tym idzie segreguję w domu odpady, ograniczam plastik. Wierzę, że nawet te drobne kroki, wydające się nie mieć wpływu na nic, zsumowane mają jednak ogromną siłę.

Żeby zrozumieć język natury, musimy jednak wejść na inny stopień świadomości. Świadomości poetyckiej, świadomości która dotyka zmysłów – zapachu, smaku, widzenia i dotyku. Ta animistyczna wręcz świadomość często nazywana jest prymitywną bądź dziecinną. Być może dorastając porzucamy zdolność do rozumienia natury, żeby łatwiej odnaleźć się w naszej “dorosłej” i szorstkiej rzeczywistości?

Pracuję nad sobą i uczę się od świata

Podróżując i przyglądając się światu zrozumiałam, że ludzie wciąż poszukują. Poszukują prawdy o sobie. Każdy z osobna pragnie znaleźć swoją drogę, osiągnąć balans i odnaleźć sens życia. Wydaje się to być proste, a jednak jest tak trudne do osiągnięcia. Miejsce czy czasy naszego urodzenia nie muszą nas określać. Jest to wypadkowa przypadków. Przypadków, na które ludzkość chyba nie ma jeszcze odpowiedzi (przynajmniej ja jej nie znam). Być może zdecydowanie łatwiej byłoby przylgnąć do jakiejś domeny, np. do religii obowiązującej w miejscu urodzenia, niż odkrywać i poszukiwać innej drogi. Religie jednak nigdy nie miały dla mnie logicznego sensu. Według mnie, żeby móc pójść dalej, należy zrozumieć, że religia to tylko i wyłącznie instytucja stworzona przez człowieka, a to, co nazywamy bogiem lub świętością, jest dookoła nas. Nie chcę przeżyć życia czekając na nagrodę lub karę po śmierci. Jestem częścią tego świata i ziemi, po której stąpam.

Rdzenni Amerykanie mieli niesamowitą wręcz więź z Ziemią. Chyba żadna inna kultura nie pokazuje tak dobitnie, że jest tu wszystko, czego potrzeba do osiągnięcia spokoju ducha i ciała. Wystarczy tylko posłuchać.

Holistycznie podchodzę  do kwestii zdrowia i chorób

To bardzo modne ostatnio określenie nie wzięło się z nikąd. Nadmiar leków i suplementów mających nas uzdrowić w ekspresowym tempie z absolutnie wszystkiego, w końcu musiał zostać dostrzeżony także i przez “człowieka zachodu”. Cywilizacja i rozwój medycyny to bez wątpienia ogromna wartość, ale czasem wydaje się, że jako gatunek, pragniemy przewyższyć matkę naturę swoim rozwojem. Kolejna tabletka na ból brzucha, coś lekkiego na kolację. A co w takich przypadkach robią zwierzęta? Wprowadzają post, piją jedynie wodę oraz odpoczywają. Znajdują czas na regenerację.*

Słowo klucz to HARMONIA.

Organizm ludzki to mnóstwo powiązanych ze sobą elementów przenikających nawzajem ducha, umysł i ciało. Rdzenni Amerykanie wierzyli, że aby wyleczyć jakąś dolegliwość, należy przywrócić je wszystkie do harmonii. Ten sposób leczenia stosowało z resztą wiele cywilizacji, m.in. Chińczycy. Według tych wierzeń nie można uleczyć ciała bez wzięcia pod uwagę kondycji duszy i stanu emocjonalnego.

Według medycyny holistycznej (inaczej kompleksowej, całościowej, uwzględniającej różne obszary życia człowieka oraz jego psychikę) leczenie nie opiera się na leczeniu symptomów choroby, a na dotarciu do jej przyczyn, które wcale nie muszą być oczywiste. Medicine Person, ktoś, kogo w dzisiejszym języku nazwalibyśmy szamanem, zanim zlokalizował źródło jakiejś dysfunkcji, przyglądał się organizmowi chorego jako całości i tak samo wyglądało leczenie pacjenta. Przywróceniem ciała i ducha do harmonii, co dla Natywnych najczęściej oznaczało odbudowanie więzi z naturą. Osobiście wierzę, że częsty kontakt z naturą jest bardzo potrzebnym elementem w uzyskaniu tej potrzebnej harmonii.


*Żeby było jasne: nie jestem zdania, że wszystko można wyleczyć ziołami czy energią słoneczną, już był taki typ niepokorny i tę dziedzinę zostawiam jemu. Powyżej nie podaję medycznych rad, a jedynie opisuję osobiste doświadczenia.

Prawdziwa historia Ameryki Północnej to nie ta pokazywana w westernach (z całym szacunkiem dla Clinta Eastwooda, którego uwielbiam). Nie jesteśmy w stanie zmienić jej biegu, ale to właśnie na nas może zakończyć się błędne jej przekazywanie. Jak? Zaczynając chociażby od zaprzestania używania słowa “Indianie” czy od dowiadywania się o faktach historycznych z różnych źródeł. Podam jeszcze przykład Święta Dziękczynienia. W filmach i na zdjęciach zawsze wygląda to jak dosłowne święto wdzięczności (za co tam chcemy: zdrowie, jedzenie, rodzinę itd.), ale wystarczy poznać genezę tej uroczystości i powinna zapalić nam się w głowie czerwona lampka. Dlaczego? Odpowiedzi na to pytanie zachęcam do poszukania na własną rękę. Podpowiedź: będzie to naprawdę proste zadanie.

Posłowie

Jest naprawdę mnóstwo arcyciekawych książek, z których można dowiedzieć się więcej na temat prawdziwej historii Ameryki. Osobiście nigdy nie przepadałam za tymi historycznymi, nasyconymi datami, nazwiskami, miejscami bitew – jak to wszystko spamiętać? Jednak podczas nauki natknęłam się na kilka, które czyta się z ogromną łatwością. Jedną z nich jest “Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów” T. Calvina i B. Drury’ego. To zdecydowanie moja ulubiona pozycja, jest genialnie napisana. Współczesne życie Natywnych w formie krótkich opowiadań spisał Tommy Orange w swojej powieści “There, there”. Pisze o tym także David Treuer w reportażu “Witajcie w rezerwacie”. Fragment książki do przeczytania  w Przekroju. 

Poniżej zostawiam mój ukochany wiersz współczesnej poetki Joy Harjo pt. “Remember”, do twórczości której również odsyłam.


Źródła zdjęć:

Zdjęcie tytułowe, zdjęcia numer 3, 4, 8 i 12 – TERRY EILER/NATIONAL ARCHIVES

Zdjęcie numer  2 – EDWARD CURTIS

Zdjęcia numer 1, 5, 6, 7, 9, 10, 11, 13, 14  – ROLAND W REED

Scroll Up
Inline
Inline