Historia jednej góry – Ćwilin

In Podróże, Polska

Być w górach  i nie wejść na Ćwilin, to jak być w Rzymie i nie zobaczyć papieża.

Jeśli te słowa w drodze na szczyt wypowiada mój ojciec – stary góral – na dodatek po wczorajszej hulance w sutenerze, to chyba coś musi być na rzeczy. Nie narzekam więc i wchodzę. Ogólnie chodzić po górach lubię i teraz sobie nawet myślę, że chciałabym to robić częściej niż średnio dwa razy do roku, ale nigdy nie byłam na tyle zakochana, żeby kupić sobie nawet porządne, górskie buty. W związku z czym wchodzę na Ćwilin w swoich starych, z resztą kupionych z drugiej ręki x lat temu, trzewikach, w których ślizgają mi się stopy.

Dla wielu Ćwilin to góra papieska. Z resztą, cała okolica bryluje w sanktuaria i miejsca dotknięte świętą stopą, a spotkany na szlaku turysta opowiada, że właśnie tu przyjechał płakać po śmierci papieża Polaka. „Jak tu wtedy było cicho, a syreny straży wyły z całej okolicy!”. Moją uwagę przyciąga jednak szum wody i chwilę później dostrzegam maleńki, lecz głośny górski potok. To Rosołaniec, bijące serce Ćwilina z wodą tak czystą, że mieszkańcy Wilczyc mają ją w kranie. Bez wodociągów.

Kiedy tak siedzimy nad potokiem i popijamy wodę życia (ja – tę z ziemi, nie zwracając uwagi na drobinki piasku, ojciec – przyniesioną z izby „wodą” powstałą wśród nocnej ciszy), zauważam, że w dole dudnienie potoka nasila się. Nigdy do końca nie wiem, ile prawdy jest w opowieściach ojca, ale ponoć kiedyś tam w dole stał pogański kośćiółek wraz z cmentarzem. Góra osunęła się i wszystko zapadło się pod ziemię. Od tego czasu dusze umarłych wyją pod ziemią, stąd ten hałas. Jakkolwiek magicznie by to nie brzmiało, zanim zdecydowałam się opisać tę historię, próbowałam wyszukać legendy w sieci i o dziwo znalazłam jedną, ale zupełnie inną!

Za wikipedią: „do ogromnej przepaści, jaka istnieje pod Ćwilinem, rzucił się młodzieniec z rozpaczy spowodowanej zawodem miłosnym. Od tego czasu słychać było w tym miejscu jęki, zgrzytanie zębami. Pewnego razu dziewczyna, która go zdradziła, zbierając jagody znalazła się przypadkowo nad tą głębią i zobaczyła go. Miał zjeżone włosy, a z ust buchał mu płomień. Przestraszona zaczęła uciekać, upiór jednak dopędził ją i wciągnął w przepaść. Od tego czasu przerażające odgłosy ucichły, a otwór przepaści zamknął się”. Mój ojciec nigdy o tym nie słyszał.

Idziemy dalej i wyżej, droga jest kamienista, ale zupełnie niemęcząca i prowadzi przez gęsty las (dzień później zrobimy na górę tę samą trasę bez oznak zmęczenia – w końcu tyle tam borówek, że żal nie pójść). Kiedyś konie ciągnęły tędy drewno – co z resztą widać do dziś w wyrytych w ziemi wąwozach. Polana Michurowa dziś jest już tylko polanką, a ojciec klnie na rozrastającą się jarzębine i drzewa, które w przeszłości nie miały prawa tu rosnąć. Wypasane na szczycie krowy czy barany działały jak zespół zieleni miejskiej z kosiarkami. W piątek na szczycie nie ma nikogo poza nami, na horyzoncie Gorce i przebijające się przez chmury szczyty Tatr. Czuję się jak w Bieszczadach poza sezonem, z tą przewagą dla Ćwilina, że jest środek lata, a turystów ani widu.

„Ilekroć tamtędy przejeżdżam, nie mogę oderwać wzroku od tego miejsca. Wpatruję się z natężeniem, jakbym chciał coś zobaczyć, przez mgłę, przez czas, choć oczywiście niczego zobaczyć nie można.”

-R. Kapuściński

Scroll Up
Inline
Inline