Co mnie zaskoczyło w Anglii? Pierwsze wrażenie z życia na wyspach

In Przekrój

Przeprowadzka do Anglii to z pewnością nic wyjątkowego. Jak pewnie każdy mam w swojej rodzinie i wśród znajomych mnóstwo ludzi, którzy mieszkają tu już od lat, bądź dorabiali w różnych sezonowych pracach. Kiedy więc i ja obwiesiłam tę radosną nowinę, wiedziałam, że mogę liczyć na opinie nie tylko zasłyszane, ale sprawdzone. Czy jednak aby na pewno?

Z pewnością końcówka zeszłego roku i początek obecnego znacznie różnią się od wcześniejszych lat. Pandemia zmieniła życie każdego i wszystkiego. Być może przeprowadzka tu wcześniej przebiegała inaczej niż w listopadzie 2020, kiedy chcąc nie chcąc kraj mocno spowolnił, pozamykał lokale, a ludzie zamknęli się w domach. Jednak na palcach jednej ręki mogę przywołać pozytywne wspomnienia i porady, które otrzymałam, za to tych przestrzegających mnie przed przyjazdem było całkiem sporo. Wsadziłam je wszystkie do jednego worka i postanowiłam, że najlepiej będzie, jak przekonam się na własnej skórze.

1. typowa angielska Pogoda

Typowa angielska pogoda i nieustający deszcz to coś, czego obawiałam się najbardziej (posiadacze psów zrozumieją!). Mieszkając w Holandii w latach 2013-2015 to właśnie nieznośna pogoda uwierała mnie najbardziej. Lubię słońce, lubię w miarę przewidziane warunki atmosferyczne i nie jestem typem, który ma zawsze w torbie parasol. Tymczasem so far so good!  Zima, prawdziwa biała, śnieżna i mroźna zima, trwała tu w tym roku całe 5 dni. Pozostałe miesiące bywały chłodne, ale od listopada do lutego przechodziłam w dosyć cienkim futerku i ani razu nie miałam pod spodniami rajstop! Owszem, z pewnością i tej szerokości geograficznej nie ominął kryzys klimatyczny i zdaję sobie sprawę, że nie są to warunki normalne, jednak nie będę kłamać, że źle było chodzić w krótkim rękawku już początkiem marca. Deszcz, owszem, pada, ale czy aż tak strasznie często? Kwiecień 2021 był historycznie suchy: “Exceptionally dry April: As little as 1% of the average rainfall has fallen so far”, “April’s lowest average minimum temperatures since 1922″. No dobra, dzisiaj (8 maja) leje, ale sama na to czekałam, w końcu ileż można podlewać rzodkiewki i sałatę przed domem!

2. wszechobecna Zieleń i szacunek do niej

Chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się, że ciasne uliczki z szczelnie poupychanymi domami z cegły nie równają się nawet najbrzydszemu warszawskiemu blokowisku z obowiązkowym skwerkiem zieleni (znów posiadacze psów zrozumieją!), wystarczyło kilka dni, abym mogła się przekonać, że mam dookoła sporo zielonej przestrzeni. Dokładnie na wprost mojego domu zaczyna się ścieżka ekologiczna przekształcona z nasypu kolejowego, przejście której zajmuje ok. 30 min. Mogę kontynuować i znajdę się w willowej dzielnicy w stylu Beverly Hills z ogromnym polem golfowym, dostępnym także dla psów. 15 min od domu płynie rzeka Trent, która – podobnie do Wisły w Warszawie, ma zarówno dziki i “ucywilizowany” brzeg. To właśnie po dzikiej stronie regularnie spotykam zające i kilka gatunków czapli (które z jakiegoś powodu przypominają mi pterodaktyle!). Pieszo lub rowerem w zaledwie 20 – 30 min. znajduję się poza granicami miasta i w zależności na co mam ochotę, krajobraz do wyboru jest następujący: pola uprawne i stadniny koni, okoliczne wzgórze z rezerwatem przyrody Sharphill Woods, meandry rzeki Trent i jej szerokie, dzikie dorzecze albo spacer wzdłuż kanału biegnącego na południowy wschód do miasteczka Gamston. Do kompletu brakuje mi chyba już tylko pustyni w zasięgu ręki, ale przyznaję – jestem w stanie bez niej przeżyć.

Każde z wymienionych przeze mnie miejsc charakteryzuje jedno: są zadbane. Nawet w dziko wyglądających zaułkach od czasu do czasu ktoś przycina wystające gałęzie, sadzi kwiaty i kosi trawę na ścieżce. Mogę iść na przełaj zieleni i szansa, że wdepnę w psią kupę jest niewielka. Niewielka do potęgi w porównaniu do skweru przed warszawskim blokowiskiem! Nie jest jednak idealnie i od czasu do czasu nawet w rezerwacie przyrody natknę się na rozrzucone śmieci, ale nie są to worki czy sterty gruzu. A tablica informacyjna przy wejściu informuje mnie, że w każdą czwartą niedzielę miesiąca organizuje się tu sprzątanie. Dobrowolne, wolontariackie. Nie wiem czy to kwestia charakteru, czy wysokie mandaty (nawet 500 funtów za zaśmiecanie, tyczy się także psich kup), ale ludzie z reguły po sobie tu sprzątają.

3. PTAsia obsesja

Wielka Brytania to bez kozery europejska mekka birdwatcherów. Samych zarejestrowanych obserwatorów jest tu około 4 mln, jednak stowarzyszenia ornitologiczne przyznają, że okres pandemii zwiększył tę liczbę. Według Royal Society for the Protection of Birds zainteresowanie obserwowaniem ptaków wzrosło o 183%. Chociaż są to głównie ptasi amatorzy (do których sama się zaliczam), hobby to jest tu traktowane poważnie. Odbywają się konferencje i zloty birdwatcherów (oczywiście nie w tym roku), organizowane są wycieczki celem śledzenia i podglądania ptaków, księgarnie z poradnikami i albumami pękają w szwach, a rezerwaty są tu świętością i nawet w środku tygodnia na szlakach jest całkiem sporo ludzi. Nie tylko tych z lornetkami i obiektywami długości słoniej trąby. Osobiście nie mam sporej wiedzy na ten temat i potrafię rozróżnić niewiele gatunków ptaków (co z resztą często weryfikuję z bratem, leśniczym), ale Anglia to zdecydowanie dobre miejsce na pogłębienie tej zajawki. Chyba czas kupić lornetkę!

4. SŁUŻBA ZDROWIA

Brytyjska publiczna opieka zdrowotna działa jak idealna armia. Wszystko jest tu pod kontrolą – przykładem niech będzie covid, a obecnie szczepionki. Rejestrując się przy przyjeździe przydzielona zostaje nam najbliższa przychodnia, a od czasu do czasu przychodzi list: z zaproszeniem na kontrolę, cytologię czy dodatkowe badanie. Jako w przeszłości okazjonalny palacz podczas rejestracji zaznaczyłam okienko dla palących, po czym otrzymałam telefon z poradami jak rzucić palenie. Będę dostawać taki telefon regularnie co rok. Chyba nie skłamię, jeśli stwierdzę, że brytyjska publiczna służba zdrowia (NHS) przypomina mi prywatną opiekę w Polsce. Taką, na którą naprawdę można liczyć. Mnóstwo moich sąsiadów wystawia w oknach i ogródkach laurki z podziękowaniami dla NHS. Czy ktokolwiek widział kiedyś laurkę w oknie dla NFZ?


Jest oczywiście cała masa dodatkowych rzeczy, których się nie spodziewałam, ale do których zwyczajnie już przywykłam. Ruch lewostronny tylko początkowo wydawał mi się nie do ogarnięcia, dzisiaj nie mam z nim już problemu. Jakiś czas temu zwracałam też uwagę na ludzi ubranych w awangardowy sposób, z włosami w kolorach tęczy lub odsłaniających więcej niż ja sama byłabym w stanie, ale jak chyba większość ma to po prostu gdzieś – i czy nie tak powinno być wszędzie? Sama czasem wyglądam jakbym wróciła z rodeo, ale jedyne komentarze jakie słyszę to “howdy! zajebisty kapelusz!” No dobra, kiedyś jeszcze ktoś wygwizdał przy mnie motyw z “The Good, The Bad and The Ugly” z Clintem Eastwoodem, ale oczywiście uznałam to za komplement i śmiechom nie było końca. Nie mam gniazdka w łazience (nikt nie ma), kupiłam więc przedłużacz do suszarki do włosów, przyzwyczaiłam się do nieskończonego odkurzania futra z dywanu, który pokrywa 70% mojego mieszkania, czy widoku ludzi w krótkich spodenkach, podczas kiedy ja naciągam rękawiczki, żeby nie wiało mi pod rękaw.

Różnice są super! Dlaczego niektórym tak ciężko przychodzi to zrozumieć?!

Scroll Up
Inline
Inline