Co wy w ogóle jecie?! // Co jedzą weganie?

In Cały ten Weganizm

Koń, jaki jest, każdy widzi. To co dla mnie wydaje się być oczywiste i proste, nie zawsze równie łatwo wygląda z boku. Najczęściej przekonuję się o tym, kiedy pada pytanie: „no to co wy w ogóle jecie??”. Zanim rozmówca skończy je zadawać, zanim znaki zapytania zawisną w powietrzu, ja już wiem, że mój wyraz twarzy zmieni się w bliżej nieopisany grymas, a przed oczami przelecą mi talerze, miski, patelnie i garnki, co ważne: pełne i różnorodne. Bywam już absolutnie zmęczona (bo ileż można) i znużona wysilaniem się na odpowiedź, bo zwyczajnie nie wiem co odpowiedzieć. Mam wrażenie, że jeśli osobie ciężko jest wyobrazić sobie jedzenie polegające głównie na warzywach i ich pochodnych, to nieważne co powiem, nie zabrzmi to dla niej zrozumiale. Bo jak powiedzieć babci, że wczoraj jadłam dahl z soczewicy z ryżem, albo nienazwane coś, co wyszło przy połączeniu moich preferencji smakowych ze stanem faktycznym lodówki?

Dlatego w dniu wolnym od pracy siadam i piszę ten elaborat, opatrzę go w zdjęcia (to dla was, wzrokowcy) i przy kolejnej okazji zamiast namiętnie próbować zmienić temat dyskusji, podsunę wam ten link pod nos, a sama odpalę papieroska/zrobię łyk kawy/uraczę się drobnym zwycięstwem*.

*niepotrzebne skreślić

Co jedzą weganie?

Zaczęłam niedawno cudowny, piąty rok, w którym nie jem mięsa, a będzie już dobre trzy z hakiem odkąd przestałam też używać mleka, serów, jajek i innych zwierzęcych niepotrzebności, z zimowym wyjątkiem na miód. Pomijam więc kwestię: uwaga: żyję, a skupiam się tu na jedzeniu.

Zmiana każdej diety to wyjście ze strefy komfortu. Nagle coś tak podstawowego jak jedzenie, zwykle przygotowywane bez większego namysłu, staje się w myślach i kuchni priorytetem. Wiecie (lub nie, jeśli nie byliście nastolatkami marzącymi o płaskim brzuchu przy jednoczesnym obżeraniu się słodyczami i pizzą) jak to jest, kiedy zakazujecie sobie pewnej rzeczy – nagle wszystko kręci się wokół tego, co zakazane, czujecie silniejsze niż dotychczas pragnienie, walczycie w głowie, wymyślacie wymówki, itd… Zmiany w jadłospisie stają się poniekąd obsesją. Z jednym wyjątkiem: jeśli zmianie towarzyszy prawdziwe, wewnętrzne przekonanie o jej słuszności, wygrywacie. 

Słyszę czasem historię o porodach – męczarniach, które trwały godzinami. Zawsze jednak wśród rozmówczyń znajdzie się jedna, której „dziecko się po prostu wyślizgnęło”, za kilka godzin wyszła już do domu, a po niecałym miesiącu skakała na fitnessie. Tą jakże NIESPODZIEWANĄ metaforą w odniesieniu do jedzenia, chciałabym powiedzieć, że mnie ostawienie mięsa poszło zadziwiająco łatwo i bezboleśnie. Kiedyś już z resztą pisałam o tym tutaj (klik).  Tymczasem, do sedna.

Jedzenie w domu vs jedzenie w podróży 

Mój jadłospis bardzo często wygląda tak samo bez względu na to, czy jestem w domu w Warszawie, w hostelu w Rumunii, czy w podróży służbowej w Madrycie. Wiąże się to z dwiema kwestiami: gotując w domu mam wpływ na swój talerz, na ilość oleju, cukru, soli czy ulubionych przypraw. Nie nadzieję się też, na przykład, na mąkę gryczaną (której w słodkich daniach nie znoszę), bo zwyczajnie jej nie użyję. Dodatkowo jedzenie na mieście lubię traktować jako bonus, drobne święto, podczas którego nie muszę stać przy garach i zmywać. A święta, poza swoją oczywistą, przyjemną odsłoną, mają też drugą twarz: kosztują. Z tego powodu są od święta, a nie kilka razy w miesiącu.

Obiad z widokiem w Transylwanii.

Rumuńskie pączki są wegańskie, ponieważ są postne.

Chleb w „jajku”, czyli comfort food z dzieciństwa.

Wegańskie śniadanie na Kubie!

Poniższe zdjęcia to przekrój wszystkiego, co znalazłam w telefonie i na chmurze. Są więc lepsze i gorsze. Pstrykane na szybko przed zjedzeniem- dla mamy, jak i te, kiedy chciało mi się bawić w food stylist (ale szybko mi przeszło, bo trwało to zbyt długo, a jedzenie stygło).

Nie każdy z tych posiłków jest zdrowy. Zobaczycie tu na przykład powtarzające się frytki, masę ciast (bo mąka to moja wielka miłość i cieszę się, że to z niej nie musiałam rezygnować, bo z pewnością nie obyłoby się bez stresu poporodowego), czy różnego rodzaju fast foody. Mam szczęście, że mogę jeść sporo i nadal mieszczę się w kawalerskie spodnie (pewnie dlatego, że wcześniej ważyłam całe 7-9 kg więcej!).

Śniadania

Artur Andrus powiedział kiedyś, że nie sztuką jest zjeść zdrowo na śniadanie, ale nie nawpieprzać się na noc. Ta złota myśl jest chyba najbardziej aktualna w moim życiu i w pełni się z nią identyfikuję. Zanim więc przejdę do przyjemnych dań (bo przecież najlepsze są te najbardziej tłuste i kaloryczne), zaczynam jeszcze z głową. Potem za siebie nie odpowiadam.


Najczęściej jest to około pół litrowe smoothie, w które staram się upchnąć jak najwięcej zdrowych rzeczy. Do ulubionych owoców i warzyw do dostępnych w kuchni owoców i warzyw dodaję ugotowaną fasolę (białko) lub płatki owsiane (wapń), coś tłustego, np. kawałek awokado (wit A i E), masło orzechowe (bo jest przepyszne), jogurt kokosowy (tłuszcz pomaga w przyswajaniu witamin z pozostałych składników), zawsze jakieś owoce leśne mrożone lub suszone (antyoksydanty), omega 3, czyli chia, siemię lniane lub nasiona konopii, pestki dyni, mleko fortyfikowane wit B12 i wapniem (sojowe jest moim zdaniem najgorsze, bo wychodzi z niego gęsty budyń), jarmuż (ale z tym nie wolno przesadzić, bo ma kapuściany posmak). Jeśli akurat nie mam ochoty lub składników na smoothie, gotuję owsiankę. W weekendy nie zaczynam dnia bez naleśników i kawy. Szanujmy się.

Mój pies szaleje za każdym rodzajem wege mięsa, czyli musi być to dobra podróbka. Ser od Wege Sióstr też niczego sobie.

English breakfast w Lokal Dela Krem. Osobiście najbardziej kocham ich omlet i tort czekoladowy <3

Po prawej wegańska galaretka (istnieje!).

Tofurnik (doprawiony sokiem z cytryny lub pomarańczy i smakuje jak sernik) oraz krem a la nutella z… fasoli!

Obiady

Najczęściej są to resztki z wczorajszej kolacji, ale jeśli nic mi nie zostało, to robię coś mega szybkiego (w ciągu dnia szkoda mi czasu na stanie w kuchni). Mieszam różne kasze (gryczaną/bulgur/kuskus/jaglaną) lub ryże z soczewicą/cieciorką, dodaję zielone liście (rukola/szpinak/każda inna sałata), często suszone pomidory, awokado, soczyste warzywa jak paprykę, ogórki (również kiszone). Podlewam to miksem z oliwy, cytryny i octu jabłkowego, ze sporą garścią kopru, soli i przypraw, na które mam akurat ochotę. Dorzucam pestki i nasiona, mieszam i wychodzę z kuchni. Opcjonalnie robię po prostu kanapki – smaruję hummusem, jakimś smarowidłem z fasoli, które wymyślam w kilka minut (np. dziś wjechała pasta z fasoli, buraka i chrzanu <3), na to zielenina, warzywa (znowu zależy co mam w lodówce) i nie spędzam w kuchni więcej czasu niż 30 min. Takiego rodzaju obiady zabieram też ze sobą do pracy.

Z tego będzie… rosół!

Najlepsze (po babcinych) pierogi (szczególnie z soczewicą) znajdziecie w Vege Miasto. Wiadomo, że tylko odsmażane.

Quiche z tofu i zielonych warzyw na obiad, a na deser najlepszy = najszybszy patent świata: daktyle z masłem orzechowym i tahini.

Paluszki „rybne” dokładnie jak te z zamrażarki <3

Piknik  100% wegan

Kolacje

Tutaj zaczyna się popis moich kulinarnych zdolności. Spośród wielu talentów jakimi obdarzyła mnie natura, mam również zmysł kulinarny (a może to lata pracy w gastro?) i wymyślanie, czy odtwarzanie dań bez znajomości przepisów, idzie mi całkiem dobrze (mąż nie narzeka). Włączam muzykę, otwieram wino (ze swoją psią dziewczyną śpiącą zawsze pod szafką, którą akurat muszę otworzyć <3) i tworzę. No dobra, po prostu gotuję, ale w głowie jestem Marthą Bakes, Julią & Julią i Kobietą na topie w jednym. Uwielbiam gotować dla znajomych, których przynajmniej raz w miesiącu zwołuję na kolację. Ich zachwycone miny wcale mnie nie dziwią, ale oczywiście uważam, że przesadzają (absolutnie nie). Chociaż mistrzem makaronów jest mój osobisty Włoch, te również wychodzą mi całkiem niezłe, a lubię je szczególnie dlatego, że należą do dań szybkich i mało brudzących. Poza tym często piekę warzywa w różnej postaci. Jeśli mam ochotę na ekstra kalorie (zawsze!!!), to przykrywam je żółtym wegańskim serem, polewam sosem czosnkowym albo majonezem (Develey ma bezjajeczne złoto w swojej ofercie).

Lasagne czy pesto spokojnie zrobicie z wege serami i będą równie dobre i kaloryczne.

To samo z beszamelem.

Burgery z kani <3

Liverpool zawojował moje serce. Po lewej fish n chips, po prawej – 1:1 kopia cheesburgera z Maca. Zjadłam 4. WRÓCĘ PO WIĘCEJ.

Ser Gondino, którego nie widziałam jeszcze w Polsce (mam nadzieję, że już niedługo się pojawi) jest serowy i śmierdzący. Czyli taki, jaki powinien być ser.

Sycylijska pizza – cała blacha tylko dla nas.

Falafel 10/10 TYLKO w Falafel Żudi, frytki z zaatarem w Shuku.

Posłowie

Mój sposób żywienia jest mocno sezonowy. Wczesnym latem potrafię przez bity tydzień jeść młode ziemniaki na różne sposoby, ogórki małosolne 3 razy dziennie, duszoną kapustę z sojową śmietanką i koprem, słodkie pomidory w każdej postaci… Jeśli przytaszczę do domu ogromną dynię, to jem do oporu i robię z niej wszystko, od kremu do naleśników, po ciasto, kopytka i zupę ze sporą ilością kuminu. Nagle okazało się, że jeden składnik, wcześniej wykorzystywany to jednego dania (np. wspaniały, niedoceniany burak – na okrągło i do wyrzygania to barszcz, to z chrzanem), ląduje w dziesiątkach dań i wspaniale się tam odnajduje (weźmy tu znowu za przykład buraka – dasz go do smoothie, do ciasta, zrobisz risotto, sałatkę, hummus, kotlety, różne sosy i dipy, jest pyszny NA SUROWO… Czasami korzystam z tej wyszukiwarki przepisów i po wpisaniu „beet” pokazuje się aż 90 opcji! Zapytajcie swoich mam i babć ile dań z buraka są w stanie zrobić. Obstawiam maksymalnie 3).

Dieta wegańska może być naprawdę różnorodna (bo może być też nie różnorodna, jeśli ktoś jest przyzwyczajony do trójpodziału na talerzu i bez kotleta sojowego nie ma obiadu) i zaspakajająca nawet najbardziej wymagające żołądki. Ktoś może powiedzieć, że w Warszawie lub innym wielkim mieście rzeczywiście wybór produktów, czy restauracji jest szeroki, więc jest łatwiej.  To  oczywiście prawda. Ale sieciowe supermarkety (Lidl, Carrefour, Biedronka) mają już w swojej ofercie masę wege zamienników, dostępnych krajowo. Tu z resztą też sprawdzi się zasada „dla chcącego nic trudnego”, bo nawet w małej górskiej wiosce, czy rumuńskim miasteczku da się być wege – sprawdziłam!

  • Wow, zaciekawił mnie najbardziej chleb w jajku i paluszki rybne, jak to się robi?

    Naprawdę różnorodna i ciekawa dieta, chociaż nie wyobrażam sobie życia bez mięsa i nabiału, chętnie bym wszystkiego spróbowała!

    • Chleb w jajku to miks mąki z cieciorki oraz czarnej soli z wodą lub mlekiem roślinnym – działa i smaży się identycznie! A paluszki są z firmy Vivera i kupiłam je w Carrefourze. Są tak samo miękkie i mają rybny posmak.

  • O dziewczyno, ale mi dałaś inspiracji na kolejne dni! Właśnie mam nadmiar buraka, więc czas się z nimi rozprawić. A te zdjęcia są tak przepiękne, że nie mogę się napatrzeć.

Scroll Up
Inline
Inline