Budapeszt z dziewczyną o perłowych włosach

In Cały ten Weganizm, Podróże, Węgry

pamiętam
jak jechałem dwójką
od mostu Wolności
do mostu Małgorzaty
czterdziestoletni

patrzyłem na ludzi
siedzących przy białych
stolikach na białych
krzesłach
i czułem
że tam jest
prawdziwe życie

pamiętam
jak siedziałem
przy białym stoliku
na białym krześle
piłem espresso
i jadłem lody
czterdziestoletni

patrzyłem na ludzi
jadących tramwajem
od mostu Wolności
do mostu Małgorzaty
i czułem
że tam w tramwaju jest
prawdziwe życie

„Budapeszt”, Bohdan Zadura

Zimą w Budapeszcie na próżno szukać tłumów przy stolikach, ale żeby poczuć prawdziwe życie, wystarczy się tam po prostu pojawić. Dawno żadne miasto nie wydawało się być miejscem, gdzie czujesz się.. po prostu swojo, na miejscu i jak w domu. I potwierdza to nawet Luiza, tytułowa dziewczyna o perłowych włosach. A Luizę nie łatwo zadowolić.

Jakie cechy musi posiadać miasto, żeby czuć się w nim dobrze?

Osobiście na pierwszym miejscu postawię dobry chleb. Chleb to podstawa, klucz do mojego serca, najważniejszy filar piramidy mojego żywienia i stawiania miejsc na prywatnej top liście zarazem. Jeśli mijając zwykłą piekarnię nie mogę odkleić się od witryny, w piątek rano kolejki wystają aż na ulice, a obiecujący zapach niesie się z daleka wprost w moje wielkie nozdrza, to nie ma szans, że mi się nie spodoba. A co może się wydarzyć, kiedy trafię do piekarni jak ze snu, trochę francuskiej, z pewnością starej, pełnej mąki, krzątających się piekarzy w białych fartuchach i bułeczek tak instagramowych, że zaczynam się zastanawiać czy to możliwe, że filtry wyszły z ekranów telefonów i są teraz w prawdziwym życiu? Na pewno będzie to pierwsze miejsce, które polecę każdemu, w każdym stanie i o każdej porze dnia i nocy, kto zapyta mnie, co zjeść w Budapeszcie. Artizan. Gulasz is so 1980s.

Nie samym chlebem człowiek żyje, chociaż trzy razy zastanawiam się zanim sama sobie odpowiem, że się z tym zgadzam. Cóż, każdy ma swój nałóg. Moim, oprócz alkoholu świeżego chleba, jest także namiętne gonienie słońca, dosłownie i w przenośni. Styczeń to zdecydowanie jeden z moich ulubionych miesięcy ze względu na niskie słońce właśnie – zdjęcia o poranku robią się same, pod jednym warunkiem: dzień musi być słoneczny. Dwudziestominutowe okno pogodowe, które dostajesz w czasie, kiedy według trzech aplikacji pada psami i kotami, wystarczy, żeby spojrzeć na miasto z innej perspektywy. Na ulice wychodzi nagle więcej ludzi, którzy przestają tak pędzić. Fasady domów błyszczą, przypominasz sobie kolor nieba i powoli czujesz, że to może jest prawdziwe życie, o którym marzył poeta…

Poza Luizą. Luiza nie chce pozować na oświetlonej boskim promieniem ławce pod biblioteką uniwersytecką, ale nie mam jej tego za złe, bo wyszukuje nam kawiarnię za kawiarnią. Picie kawy w nowo odwiedzonych miastach to kolejna z dobrych rzeczy w życiu,  nawet jeśli kawa średnio ci smakuje. Wódka przecież też nie jest smaczna.

Kawa w Budapeszcie jest kwaśna i mocna. Tak jak w Berlinie, gdzie chodzę już pić ją tylko do maka, ale to historia na inną opowieść. Za to węgierskie wino! Wino mają dobre i nie należy się zastanawiać jakie, tylko w jakiej ilości. I dlaczego tak mało! A wtedy węgierski nie wydaje się być już tak oderwany od rzeczywistości i przestaje ci się mylić, że jesteś w Wiedniu, albo innej Pradze. True story.

Z całym szacunkiem do budowniczych Budapesztu- to bardzo piękne miasto, ale wygląda jak Praga, wygląda jak Wiedeń i nawet tort sachera, który podają w kawiarniach, wygląda identycznie jak tort sachera w Wiedniu! A ile tam mają Hogwartów! Najpierw najbardziej podobał mi się ten oficjalny i znany. Z daleka wygląda jak Parlament w Budapeszcie, ale z bliska nagle zauważasz ile ma komnat (pewnie też tych pełnych tajemnic), daszków, wieżyczek, ile strzelistych okien i witraży! W sumie to nie wiem ile, nie policzyłam. Zabawne, że ludzie wybierają parlament, a potem ten sam parlament zamyka się w Parlamencie, do którego nie możesz nawet blisko podejść.

Dlatego bardziej spodobał mi się inny węgierski Hogwart, położony tuż za Placem Bohaterów. Pomimo całej swojej magicznej i mrocznej otoczki (jednak drzewa zimą są na swój sposób przerażające, a ponadto nad bramą wisi w powietrzu biały duch) jest zdecydowanie bardziej ludzki. PrzyZIEMNY, można by rzec. Kiedy stoisz pod tym pięknym budynkiem, myślisz, że to dobre miejsce na galerię sztuki, muzeum jakiegoś pisarza z długą brodą, ewentualnie ogród botaniczny i pokoje pełne zaschniętych motyli. Blisko, coraz bliżej – to zamaszyste zamczysko skrywa muzeum węgierskiego rolnictwa. Jeśli jakiś węgierski rolnik (z pałacem – warunek konieczny) szuka żony, to dziewczyna o perłowych włosach nie ma już męża Austriaka.  Tak tylko mówię.

Z prochu powstałeś, w proch… i tak dalej… Zaczęłam o chlebie, to i skończę chlebem. Do ostatniego okruszka! Po świętach kalorie idą w cycki, a te przejedzone na weekendowych wyjazdach tym bardziej nie tuczą, bo przecież wszystko się od razu wychodzi. Jak człowiek robi dziennie 25+ km (true story), to nic, tylko w siebie wkładać. Pizza jak z Rzymu, która się Włochom nie śniła w Budapeszcie? Tylko w Pizzica. Żałowałyśmy, że nie wydałyśmy tam więcej tysięcy forintów, które na koniec i tak zostały nam w portfelu. Czy w Budapeszcie można się spłukać? Bo bardzo chciałyśmy, ale zupełnie nam nie wyszło…

Na koniec lista pozostałych wege miejscówek, które polecamy lub nie (sami wybierzcie odpowiednią odpowiedź):

  • Budapest Baristas – tu za 2 kawy i mini śniadanie zapłaciłyśmy… 70 zł. To był nasz pierwszy strzał po wylądowaniu i jak to zwykle bywa – nie do końca przemyślany. Kawa mocno kwaśna, kanapki z awokado- jak to kanapki z awokado.
  • Kozmosz (czyt. Kosmos – tak już operuję węgierskim) – nie byłyśmy głodne, a opędzlowałyśmy po burgerze i frytkach. Pychotka, wróciłabym z pewnością.
  • Napfenyes Etterem – wnętrze nie jest z tych modnych, hipsterskich wege lokali, ale za to mają tu wegański gulasz!! oraz inne zweganizowane węgierskie klasyki, których nazwy nie potrafię nawet zapamiętać.
  • Madal – kawiarnia i wegańskie ciasta
  • Espresso Embassy – fujka, kwas jak w Berlinie, czyli jeśli lubicie ich kawę, idźcie tam.

  • Ale dostalam strzała prosto w serce, bo takich fikuśnych budyneczków jak w Budapeszcie to tu nie było i nie będzie. To już trzecia rzecz, po schabowym (o zgrozo…), i Dolomitach, której mi tu będzie brakować!

    • Twoja opalenizna wynagradza wszystko. I spójrz na swoje nowe insta-mieszkanie. Już? 🙂

  • Sebastian K

    Ten plac obok lodowiska, to Plac Bohaterów (Hősök tere)

  • Dziewczyna o perłowych włosach już to na pewno słyszała, ale WYGLADA JAK SOFIA COPPOLA! 😉 wczesna.

  • L.

    to po co ja siadalam na tej laweczce jak teraz nic nie mam z tego :d
    jedzmy gdzies znowu!!!

Scroll Up
Inline
Inline