Brno – na weekend jak znalazł!

In Czechy, Podróże

Czasem trzeba zrobić coś wbrew sobie i ruszyć się z kanapy. Entuzjazm związany z wyjazdem do Brna malał z dnia na dzień, a na pół godziny przed odjazdem pociągu (najpierw dojechałam z Warszawy do Wrocławia) sprawdzałam jeszcze czy mogę oddać bilet. Pomysł ten wydał mi się zupełnie nierozsądny z tego właśnie względu, że wszystko miałam już przygotowane- bilety na przejazdy, umówione noclegi na Couchsurfingu. Nie było logicznego powodu, żeby teraz rezygnować, chociaż teoretycznie do Brna mogę pojechać zawsze.

Moja przypadłość jest taka, doskonale już się na sobie poznałam pod tym względem, że jestem jak taka kokosza – grosz do grosza, a w moim przypadku zdecydowanie grosz OD grosza. Wydaję kolosalne ilości małych sum, które pod koniec miesiąca kumulują się oczywiście w pokaźne liczby. I dokładnie to samo robię z biletami- wydaje mi się, że nie mogę sobie pozwolić na bilet za ocean, tymczasem kupuję bilety na tanie loty, autobusy i pociągi, których suma spokojnie wystarczyłoby na bilet do takiej Argentyny na przykład.

Argentyny oczywiście dziś nie będzie, bo wydałam całe 70 zł na przejazdy do Brna, kupując przy okazji kilka innych, na najbliższe miesiące. Nie pytajcie jaka z tego uzbierała się sumka.

Nie spotkałam się z negatywnymi opiniami na temat Brna, z resztą, śmieszny czeski język, to i atmosfera nie powinna być inna. I rzeczywiście, na pierwszy rzut oka (czyli już wiecie, że będzie też drugie dno tych zachwytów) wszystko wygląda pięknie – głodna ląduję w Ovegano, pierwszej wegańskiej jadłodalni z mojej listy (a była to naprawdę długa lista), po drodze mijając ryneczek z cichym i bardzo czystym targiem warzywnym. I kiedy na stół wjeżdża wegański omlet, bajgel, a na dodatek gofry (a ja odkrywam, że focus w aparacie mi nie działa) myślę sobie, że dobrze, że jednak pojechałam. Jest piątek, 15.00, pogoda zdecydowanie niebarowa, czekając więc na umówionego hosta mam zamiar pokręcić się po mieście. Jest tu coś praskiego i krakowskiego w powietrzu (i nie jest to smog!). Stare tramwaje i kamienice, ludzie, którzy nie wyglądają jakby gdziekolwiek się spieszyli, no, chyba że na dni wina, tygodniowy festiwal lokalnych win, a przy okazji i kuchni. Próbuję kilku kieliszków białego i czerwonego wina morawskiego, a na koniec zamawiam słodki Burcak, napój z owoców powstały przy procesie robienia wina. Taki słodki, delikatnie alkoholowy sfermentowany kompot, na deser jak znalazł.

Odbiera mnie Lenka, Słowaczka, która biegle mówi także po polsku, jedziemy do niej zostawić mój plecak, a ja mam wrażenie, że tramwaj numer 1 przeniósł mnie do mieszkania Tomasza z  ”Nieznośnej lekkości bytu”. Powiedzieć, że stare to nie to. To mieszkanie, poza routerem, nie miało w sobie niczego wyprodukowanego po (obstawiam) latach 70, 80 (ściany też pewnie malowane były z 30 lat temu, a kurz nie wycierany z 15, ale takie uroki Couchsurfingu). Wieczór spędzam w towarzystwie lokalnych Czechów, mówią, że żyje im się tu bardzo dobrze.


Nie chcąc siedzieć ”na głowie” i w przyciasnym mieszkaniu, w sobotę z samego rana wyrywam się do miasta. Znów (nie planując) trafiam na bazar, targi wina i w sumie wszędzie, gdzie dotarłam już wczoraj. O nie, czy to wszystko co jest do zobaczenia i przełażenia w Brnie? Idę więc odhaczyć widok na katedrę spod zamku, odwiedzam Moravian Museum (stała wystawa jest darmowa, czasowa za drobną opłatą, załapałam się na wystawę Inez Tuschnerovej, na pracach której inspirował się m.in. Jackson Pollock). Nie udaje mi się za to zobaczyć Museum of Romani Culture, jest zamknięte w soboty. Z braku laku robię to, co w(y)chodzi mi najlepiej – jem!

Dzień zaczęłam w raju i pod pokaźną pierzynką lukru na ogromnych donutach – Vegan Sweet Bar to miejsce, które chciałabym mieć pod domem, ale w sumie cieszę się, że jednak nie mam. Potem było już tylko gorzej, tzn lepiej – grubaśny cheesburger z budki, a na sam koniec dnia pizza. Odkryłam też wegańską szarlotkę w Starbucksie i z 10 innych wege miejsc, do których z chęcią weszłyby moje oczy, ale żołądek już nie. W Brnie z głodu nie umrzesz!

Za to z nudy… Chyba byłoby łatwiej. Chociaż miasto jest pełne życia, można wybrzydzać w wyborze miejsca na kolację czy drinka, to na wyjazd stricte weekendowy (i szczególnie solo) 2 dni zdecydowanie wystarczą. To świetna budżetowa opcja – z uwagi na wielkość miasta nie ma potrzeby kupowania biletów na komunikację, a jedzenie w knajpach jest dużo tańsze niż w Warszawie. Jeśli jesteście w okolicy, albo nie macie pomysłu na krótki wyjazd to śmiało, jedźcie, jedzcie i opijcie się pysznym morawskim winem.

Scroll Up
Inline
Inline