Bolonia. Spaghetti bolognese, sekrety i marsjanie

In Podróże, Przekrój, Włochy

Otóż nie wszystko jest tym, czym myślimy, że jest. W Bolonii sos bolognese (ragu) zjesz z każdym rodzajem makaronu, tylko nie ze spaghetti.

(A nazwy pizzy guseppe nie wymawia się jako ‚Giuseppe!’ – przyp. poirytowany Sergio).

Boże, jak dobrze było móc usiąść, jak mam w zwyczaju, na ulicy, zjeść i porozglądać się dookoła! Dwa dni we Florencji i trochę miałam już dość tej sztywności, a wystarczyło wyjechać tak blisko, a zmieniło się tak wiele (z pogodą również). Trafiłam z resztą tego dnia zdecydowanego jackpota w kilku konkurencjach – plecak zostawiony w wypożyczalni rowerów (odkryłam przy tym stronę bagnbn, gdzie w łatwy i bezpieczny sposób można szybko znaleźć przechowywlanie bagażu – bardzo polecam! I nie, to nie jest reklama, ja nie mam reklam – a chciałabym!) odebrałam pijąc z właścicielami wino, udało mi się zaliczyć aż dwa dobre punkty widokowe w centrum miasta za niewielkie pieniądze (kolejki i deszcz we Florencji pokrzyżowały mi te plany), a na dodatek w mieście trwał jakiś uliczny festiwal, co chwilę potykałam się więc o grajków, tancerzy, malarzy czy nawet prawdziwych kucharzy gotujących prawdziwe bolognese. Nie powiecie chyba, że nie był to wygrany dzień, prawda?

Z poprzedniej wizyty w Bolonii (to był kolejny autostopowy odcinek trasy, o której możecie poczytać tutaj) pamiętam 3 rzeczy: że wmówiłyśmy sobie z Anką, że ktoś chce nas otruć/omamić i piwo, które dostałyśmy, wylałyśmy cichaczem do kanału, dwa – strasznie rozbawiły nas małe przyrodzenia na pomnikach (no żeby Posejdonowi zrobić taką krzywdę, to trzeba mieć rzeczywiście jakiś lęk przed morzami i oceanami), a trzecia to ta, której będąc tym razem sama nie mogalm sprawdzić ( 🙁 ) – czyli, czy rzeczywiście w krużgankach zamku na Piazza Maggiore jest ten ”średniowieczny telefon” /system, nie wiem jak to nazwać, w każdym razie mówiąc do jednego kąta korytarza, osoba stojąca po przeciwległej stronie słyszy, nawet to, co szepczesz! Czy ktoś może potwierdzić/wyśmiać i raz na zawsze pomóc mi to zrozumieć?

Natomiast tym razem, pomimo znowu limitowanego czasu (ale przecież wieże stoją 900 lat, postoją jeszcze kilka) udało mi się zobaczyć i doświadczyć więcej i już rozumiem czemu jest to tak popularne na weekend miasto.

Z cyklu z góry, ale bez drona

Mój ulubiony sposób patrzenia na miasto to zdecydowanie ten z wysokości. Nie będę kłamać, że najlpiej jest patrzeć na miasto z perspektywy lokalsów, bo przecież tak się nie da. Możesz chodzić na ten sam podmiejski targ, omijać turystyczne atrakcje i nie wyróżniać się niczym od mieszkańców, ale to i tak nigdy nie będzie local experience. Trochę mi zajęło, zanim pogodziłam się z tym faktem, bo przecież nikt z nas nie lubi metki turysty, ale nie da się ukryć, że z aparatem na szyi nawet w Warszawie nie wyglądam jak u siebie (co z resztą też jest prawdą).
W Bolonii odkryłam dwa dobre punkty widokowe, jeden, z którego mamy widok na popularne dwie wieże, a drugi, z jednej z wież.

Na taras widokowy bazyliki San Petronio wjeżdża się windą za 3 euro. Na górze nie ma limitu czasowego, ani tłumów, a sam taras nie jest położony bardzo wysoko, dzięki czemu mamy dobry widok na to, co na horyzoncie, dachy, uliczki i ukryte podwórka, gdzie obejdziecie się bez zooma (pisząc te słowa zooma już nie mam, więc zrozumcie, jeśli co chwilę będę się nad tym mazać). Do prawie pełnych gaci dochodzi jeszcze niemylące uczucie, że wszystko pod wami się trzęsie – guess why, taras widokowy to tak naprawdę rusztowanie. Wiatr chula między szczeblami i lepiej trzymajcie telefony mocno w rękach. Ach, tym samym rusztowaniem schodzi się w dół. Winda na dół pasażerów nie zabiera. Sam kościół z resztą to bardzo ciekawa rzecz – bo w połowie wygląda jak najbogatsza świątynia, a w połowie jak stodoła (czyli dokładnie tak jak uważam, że wyglądam ja sama 😀 ). Otóż Watykan, kiedy dowiedział się, że kościół ma być największy we Włoszech, przestał słać kasę (jeśli widzieliście Kler, to z pewnością zauważyliście, że pewne rzeczy się nie zmieniają). Kościół więc został w takim połowicznym stanie i co by nie mówić, jest wyjątkowy.

Na golden hour wybrałam więc najwyższy (ale w mieście więcej jest możliwości according to google) z możliwych punktów widokowych – wieżę Asinelli. 498 schodów brzmi niezbyt wymagajaco, prawda? Ale wieża o tej wysokości postawiona w zaledwie 10 lat 900 lat temu? To już robi wrażenie. Nie chcę sobie wyobrażać w jaki sposób była budowana (to na pewno marsjanie), ilu pochłonęła chłopów i jaka jest jej historia (a ta zaczyna się słowami: Ancora non si può dire con certezza quando e da chi fu costruita la torre degli Asinelli, co znaczy: w sumie to nie do końca wiadomo kto i po co ją wybudował). Wieża stoi, ma się dobrze i za 5 euro i o własnych nogach, możemy być na górze. Średnio dojście zajmuje od 10 do 15 min, na górze jest dosyć ciasno, ale każdy cierpliwie czeka na swoją kolej do okienka i selfie. Rządni wrażeń i tutaj nie będą zawiedzeni – fakt, że wieża jest krzywa dobrze da się odczuć, a poza tym rzucany przez nią cień na miasto to widok nie do zapomnienia.

Nie byłabym sobą (gdybym była inna), gdybym nie biegała jak opętana za pięknymi, stylowymi ludźmi, którzy w mocnej większości zawsze byli ludźmi… starszymi. I liczę jedynie na to, że będąc w ich wieku (60 +) sama będę taka piękną babcią, bo ta magiczna moc i wiedza spłynie na mnie wraz z siwymi włosami. Czy to również jest w stanie ktoś potwierdzić? Google analitics pokazuje mi, że czyta mnie też ktoś w tym pięknym wieku (i znam nawet jedną wierną czytelniczkę z Opola, którą serdecznie pozdrawiam – Pani też by się nie raz załapała na moje foteczki!), ale kurczę coś w tym jest – nie bez przyczyny każda babcia powtarza, że wie, bo swoje przeżyła. Zakryj nerki, nie siedź na kamieniu czy wyprasuj koszulę – to zawsze ma sans, wiem to, ale nigdy tego nie robię, czym potwierdzam tylko oczywiste cliche, że młodość jest głupiutka i musi nauczyć się na błędach. I stąd właśnie zakładam, że na starość będę piękna, jak panie i panowie, że którymi latam z aparatem.

Mam sporą kolekcję zdjęć z różnych krajów, na których uchwyciłam piękną, moim zdaniem, starość. Bylibyście zainteresowani zobaczeniem ich w jednym miejscu? Mogłabym zbudować galerię, do której dorzucałabym nowe (bo pisząc to, siedzę w Porto, które pod tym względem jest rajem!). Yay or nay? A jeśli ktoś z was ma piękną babcię lub wspaniałego dziadka, którego chciałby/ałaby, żebym sfotografowała, to czekam pod marina.furdyna@gmail.com

  • Dwóch rzecz nie kumam: krzywosci wież (no bo czemu się nie zawalają?!?!!? A jak na gore wejdzie bardzo dużo turystów z nadwagą i zacznie skakać to też?) i dlaczego w Bolonii nie byłam w żadnym punkcie widokowym (albo nie pamietam, że byłam)?

    Myślę że pierwszy krok do pieknego wyglądu an starość to uświadomienie sobie, że nie chcemy wyglądać jak nasze babcie. Z cały szacunkiem, ale mam wrażenie że w Polsce większość kobiet po 50tce wciska magiczny guziczek z z napisem „starość” i jako pakiet startowy otrzymuje: krótkie włosy ze zrobioną trwałą i babcine spódnice do połowy łydki.

    • Czekaj, co Ty robisz w niedzielę o 6 rano na moim blogu? Prasóweczka?

      Mnie tylko rozbawiło dwóch chłopaczków, którzy w połowie wspinania (a wchodzi się grupami o określonych godzinach, więc na schodach jest ciasno) zaczęli udawać, że muszą kupę. No a co do zawalania się, to pewnie właśnie marsjańskie technologie jak w piramidach.

      Właśnie wieeeem, jak widzę w Polsce kobietę 60+ z outfitem w stylu Kory to nie mogę przestać się za nią oglądać! Po drugie, gdzie w sumie u nas starsi ludzie mogą się fajnie ubrać? W H&Mie? I za jakie pieniądze? No i na Zachodzie ci starsi ludzie są też inaczej traktowani, tzn normalnie – nie na zasadzie, że co oni robią całymi dniami w tych tramwajach. Może my, po tym całym podróżowaniu i poznaniu świata będziemy mieć trochę łatwiej?

Scroll Up
Inline
Inline