Jedź do Belgradu!

In Podróże

Nie wiem, co było dla mnie większym zaskoczeniem – czy fakt, że Belgrad nie jest biedny jak Bukareszt lub Sofia, czy, że według Lonely Planet jest to najbardziej imprezowe miasto NA ŚWIECIE. 


Belgrad, proszę państwa, to jeszcze ten kawałek południa, w którym istnieje sezon turystyczny (a więc i jego brak!), ulice nie wyglądają jednakowo jak w Wiedniu, Pradze, czy Budapeszcie (a co zabawniejsze – na tylko jednej ulicy mamy podręcznikowy przekrój stylów, lat i wszystkiego, na co mamy ochotę). To kipiące zielenią miasto pięknych i życzliwych ludzi, w niczym nie przypominające jeszcze nie tak dawno objętych wojną Bałkanów. Naprawdę nie wiem, jakim cudem miasto oferujące tak wiele, uchowało się przed masową turystyką do dziś.

Lepiej dla mnie!

Z pewnością nie jest to kierunek idealny dla każdego. Na próżno szukać tu miejsc z instagramowym tłem do zdjęć, bo takiego po prostu nie ma. Krajobraz miasta tworzy mieszanka wszystkiego, co większość i tak skwituje słowem „brzydko”. Ja jestem zachwycona. Ulice szersze niż w Berlinie, a każda z nich wygląda inaczej niż poprzednia. Mamy tu wszystko – postaustriackie kamieniczki z pelargoniami, obskurne bloki z niepoliczalną ilością okien i klimatyzacji, wieżowce sąsiadujące z XVIII-wiecznymi willami, a całość pokryta sadzą, spalinami i plątaniną kabli trolejbusów.

miasto kontrastów

Wystarczy jednak odejść od centrum, a możemy dryfować między epokami. Belgrad z biegiem czasu po kolei wchłaniał przylegające do swoich granic miasteczka, skutkiem czego dzielnice tak różnią się od siebie. Austro-węgierski Zemun jeszcze do 1934r. pozostawał osobym miastem i po II wojnie światowej został oficjalnie dołączony do granic Belgradu. Nowy Belgrad to z kolei powstałe od zera ogromne osiedla tworzące dziś mini miasto. –„Przed tymi blokami nie było tu nic poza trawą. Prawdziwa pustynia” – mówi mi znajomy Serb. Teraz też nie jest inaczej. Ziemie wewnątrz miasta sprzedawane są coraz chętniej inwestorom z krajów arabskich, którzy stawiają szklane wieżowce w otoczeniu postkomunistycznych bloków. To, co oglądamy dzisiaj, to lata zupełnie różnych historii połączone w jedną strefę administracyjną. Nazywanie Belgradu nudnym czy brzydkim, jest więc niczym innym, jak ignorancją.

Dzielnica Zemun widziana z wieży Gardos – wstęp kosztuje 2 euro

Cerkiew św. Sawy jest w kapitalnym remoncie

ślady jugosławii

Belgrad zachwyca mnie swoją różnorodnością i brakiem nadęcia. Fascynuje mnie historia Jugosławii, o której zawsze wspominał w domu mój ojciec. Do dziś uważa, że co było wyprodukowane za Tito, było trwałe i dobre, a muzyka najpiękniejsza. Szukam więc śladów tej nieistniejącej już krainy i szybko odkrywam, że wcale nie muszę szukać daleko. Odwiedzam Muzeum Historii Jugosławii i Mauzoleum Tito. Strasznie pada deszcz, robię to więc szybko i niedbale, ale w muzeum znajdują się tylko przedmioty, nad którymi nie chcę zbytnio się rozpływać. Ślady Jugosławii, te ciekawsze, są na ulicach i w ludziach. Cudeńko marszałka i osiedle na światową modę, Nowy Belgrad, szczyci się popularnością także wśród młodych mieszkańców, którzy wybierają mieszkania w blokach z betonu, bo „przetrwają i nalot bombowy”.

Z moim sentymentalizmem szybko jednak rozprawia się kelner Misha. „U nas do dziś działa secret service. Starzy ludzie, pamiętający komunizm, bardzo za nim tęsknią. Żyło im się dobrze, nikomu niczego nie brakowało, a pracę dawał rząd. Dziś nie wiesz dla kogo pracujesz i czy jutro będziesz miał gdzie wrócić. Ale nikt nie mówi na głos o tych, którzy nigdy nie wrócili z Nagiej Wyspy [Goli otok], gułagu Tito”. Zostawiamy temat w tym miejscu. Historia Serbii jest zbyt kompleksowa, żeby pojąć ją w jeden wieczór. Szczególnie w piątkowy, kiedy czekają już na nas Cyganie, grajki i gorący jeszcze ajwar.

Muzeum Historii Jugosławii

Nowy Belgrad

turystyczno – nieturystyczna Skadarlija

-Rezerwacje w tym miejscu robi się z conajmniej tygodniowym wyprzedzeniem. Znam właściciela, więc udało mi się wcisnąć nas na dziś wieczór– mówi mi znajoma Serbka. Jest prześliczna i pije rakiję małymi łyczkami. Dlaczego – zrozumiem 4 kieliszki później.  Kiedy na stoły wjeżdżają ogromne talerze z ćevapi i pljeskavicą, kelner w białej koszuli sprytnie donosi dzbanki z pigwową rakiją i parującym ajwarem. Nie mogę przestać go jeść, do czasu, kiedy i do naszego stolika podchodzą grajkowie. Brzuchaci i wysocy na dwa metry Serbowie to żywa szafa grająca – zamawiasz piosenkę (Serbska wersja „Mój przyjacielu” to nie taki klasyk jak u nas, ale też popularny), płacisz i masz zespół na wyłączność. Nie ważne jest w takiej chwili skąd jesteś i jakim mówisz językiem. Muzyka, ta prawdziwa, płynąca z serca, łączy wszystkich.

Skadarlija, reprezentacyjna uliczka miasta, śpi w dzień, a oddycha w nocy. Wieczorami jest tu pełno, ciasno i głośno. W każdej restauracji jest po kilka grup grajków, artystów przebranych za ludzi z epoki (a cofamy się dwa stulecia wstecz). Ludzie jedzą, piją i tańczą i tak podobno codziennie.

Polak – Serb dwa bratanki

Czy w Belgradzie żyje się dobrze? To tak, jakby zapytać Polaka, jak żyje mu się w Polsce. Poznany w samolocie Serb opowiada mi krótką historię swojego życia. Od ponad 20 lat mieszka i pracuje w Warszawie i wyjeżdżając, owszem, różnice były kolosalne, ale dziś oba miasta zbytnio się już nie różnią. -„I stąd wyjeżdżają na zachód, i stąd!” Zgadzam się z nim zupełnie. Teraz już lepiej rozumiem współpracę na linii Bregovic – Krawczyk. Wszyscy napotkani Serbowie, od bezdomnych, po panią w kiosku, są dla mnie życzliwi. Kupując bilety do opery, dostajemy oprowadzanie po scenie i kulisach, bo pan od biletów był kiedyś w Zakopanem i bardzo dobrze wspomina. Ludzie w różnym wieku mówią tu po angielsku, co, jak się okazuje, jest również osiągnięciem Tito – w czasach, kiedy pozostała część wschodniej Europy (w tym Polska) wałkowała rosyjski jako obowiązkowy język, w Jugosławii uczono właśnie angielskiego.

Jedzenie i kawa

Kuchnia roślinna w Belgradzie jest wspaniała! Co prawda moja opinia odnosi się głównie do jednej restauracji, w której przesiadywałyśmy codziennie, ale wybór jest spory. Radost Fina Kuhinjica: restauracja – dom. Krótkie menu, otwarta kuchnia i eksplozja świeżych produktów, do tego lokalne białe wino i jestem sprzedana! Dania nie bez powodu wyglądają jak dzieła sztuki – przygotowują je w końcu malarze i artyści. Wszystko jest tam absolutnie przepyszne, od przystawek, po desery!

W Serbii, podobnie jak w Rumunii znajdziemy dużo dań postnych, dostępnych jednak cały rok. W menu, piekarniach czy nawet na produktach oznaczone są one słowem „posno„. Jednak są dwa rodzaje posno: wegetariański i wegański. Trzeba dopytywać. Jak zwykle z pomocą mogą także przyjść bazary. Zeleni Venac czy jego większy odpowiednik, Kalenic, gdzie zaopatrzymy się w lokalne i świeże produkty, a przy okazji w parasolki, skarpetki i piekarniki.

Po najlepszy burek (lokalnie pity z obowiązkowym jogurtem), czarne, makowe ciasto i baklawę z wiśniami trzeba odstać swoje w kolejce, ale jak łamać dietę, to tylko w miejscach 10/10, prawda? Chociaż wszystkie piekarnie wyglądają i pachną obłędnie, tylko do tej ustawiają się kolejki. Pekara Trpkovic – sprawdziłam, polecam!

W Belgradzie od niedawna funkcjonuje pierwszy Starbucks i dokładnie jak w Mediolanie, przez cały dzień przed lokalem wystają kilometrowe kolejki. Na szczęście znajdziemy inne miejsca, w których wypicie kawy nie oznacza wyczekiwania pół dnia na swój kubek. Kafeterija Magazin 1907 to prawdziwa świątynia kawy. Kawy i industrialu. 4-piętrowa kamienica serwująca chyba wszystkie kawy świata, parzone na najbardziej wymyślne sposoby. Może jednak w Belgradzie są miejsca na instagramowe fotki – właśnie tutaj!

Cafe & Factory i Zrno to też całkiem przyjemne lokalne sieciówki. Jest wybór mlek roślinnych, wifi czy kawa na wynos.

SAME SUPERLATYWY?

Belgrad to nie eldorado i jak każde miasto, grzeszy. Głównie w jeden, za to maksymalnie irytujący, sposób: wszechobecnym paleniem we wszystkich miejscach publicznych. W restauracjach, kawiarniach palą wszyscy. A jeśli nie palą, to i tak cuchną. Kawa na wynos, nawet jeśli jest złym wyborem ekologicznym, jest niestety często koniecznością. Moje pierwsze doświadczenie z Belgradem to korki. Droga z lotniska do centrum miasta w południa trwała wieczność, a pierwszy obrazek po wyjściu z taksówki, to niekończący się wąż autobusów. W takich właśnie chwilach tęsknisz za zatłoczonym, acz niezawodnym metrem.

Z pewnością jest to jednak ciekawy kierunek, pełen atrakcji i jeszcze mniej popularny niż sąsiadujące z nim kraje.

Mieliście okazję być w Belgradzie? Jakie są wasze wrażenia?

  • Namówiłaś mnie. Wjeżdżam na kawę i foteczki do tej piętrowej kawiarni i na tour de bloki. Pytanie jest tylko jedno: czy na te schodki spiralne na jednym z bloków da się jakoś [nielegalnie, nie oszukujmy się, ale jednak] wleźć?! Widzę tam potencjał tak wielu sesji ślubnych w kieckach z długim trenem! 😀

Scroll Up
Inline
Inline