Belgijskie czekoladki

In Podróże

Na początku dziękuję aż dwóm osobom zmartwionym brakiem nowości na blogu- wszystko wyjaśni się, kiedy wczytacie się (zapewniam, że wystarczy zupełnie powierzchownie) w przekaz na moim drugim instagramie (klik). Obawiam się jednak, że nie będzie mi łatwo długo pozostać nieujawniona, a entuzjazm, z którego słynę w pracy (taka ze mnie zdolna aktorka hasztag #disasterartist) szybko zostanie wykryty jako zwyczajna ściema, stąd jeśli czyta mnie ktoś z biura- was akurat lubię. To reszta mi nie odpowiada.

Oczywiście przesadzam, jak ze wszystkim w życiu, a praca jak widzicie nie jest taka zła- wysłała mnie nawet w pierwszą, zagraniczną delegację. Podziękujmy więc Daikinowi za nowe zdjęcia!


Mieszkając w Holandii bardzo lubiłam robić sobie wycieczki do Belgii, która wydawała mi się lepsza/inna. Jadąc do Belgii mieszkając w Polsce, przez całe 5 dni byłam pewna, że jestem w Holandii. Jedyna zauważalna różnica? Brak coffeeshopow. I odrobinę tańsze pociągi.

ANTWERPIA JEST TYLKO O RZUT BERETEM, EKHM, RĘKĄ!

Wszyscy już pewnie wiedzą, że Anterpia słynie z pięknego dworca centralnego, dlatego nie będę się o tym rozpisywać. Pojedziecie- zobaczycie (albo poszukajcie na innych, nudnych blogach). Dwa dni to zdecydowanie za mało na dobre zaciągnięcie się miastem, ale wystarczająco sporo, aby obejść je wszerz i wzdłuż pieszo, pukając się w głowę (powód: gofry same się nie spalą). Kilometry piesze zawsze popłacają- jak nie ładnymi nogami, to zmieniającym się otoczeniem. I tak, nie wiedząc kiedy, znalazłam się z Izraelu (pamiętacie wierszyk o siedmiomilowych butach?). W małym Izrealu dokładnie, ponieważ Antwerpię zamieszkuje ok. 15 tyś Żydów. I są to Żydzi z krwi i kości- w strojach tak tradycyjnych, że aż niemożliwych.

Mało interesują mnie miejskie legendy (poza tą, o moście Karola w Pradze i astromagia z nią związaną), uważam je ze zbędne, ale widocznie ludzkość musi mieć odpowiedź na każde pytanie. Dowiedziałam się, to przekażę dalej- nazwa Antwerpia pochodzi od słów hand werpen, co w tłumaczeniu daje ”rzucać ręką”. Zacytuję wiatrak.nl, ponieważ nie mam najmniejszej ochoty ubierać tego we własne słowa (sorry, not sorry): Legenda mówi, że dawno, dawno temu, nad rzeką Skaldą (Schelde) żył olbrzym zwący się Druon Antigoon. Olbrzym kazał sobie płacić cło od każdego kto się przez rzekę przeprawiał. Kto cła nie zapłacił temu Antigoon rękę ucinał i wyrzucał ją do rzeki. Dopiero rzymski żołnierz Silvius Brabo śmielił się przeciwstawić olbrzymowi i w walce go pokonał; odciął rękę olbrzyma i wrzucił ją do Skaldy. Tą legendę przedstawia fontanna przed ratuszem na rynku starego miasta.

Zbędne, no nie?

Zdecydowanie ciekawsze (robiłam to całą niedzielę) jest buszowanie po sklepach ze starociami i pchlich targach, których jest tutaj naprawdę sporo. Antwerpia uchodzi za belgijskie miasto artystów i antyków, rozumiecie już dlaczego jest to idealne miejsce dla mnie. Galerie i atelier przeplatają się ze sklepami i kawiarniami, wejście bardzo często jest darmowe, a dawka inspiracji (i darmowe wino) jeszcze nikomu nie zaszkodziły, jest to więc kolejny plus chodzenia bez celu pieszo. Tak jak i holenderskie, belgijskie miasta również mają swoje ”dziwactwa”- restaurację, której wystrojem są dewocjonalia i autentyczne kościelne rzeźby, czy klatki schodowe z gablotkami z lalek Barbie. No właśnie- dziwactwa. Kim jestem, żeby móc to oceniać. Gdyby móc zebrać wszystkie fajne cechy państw i stworzyć z nich miasto idealne- z Belgii zabrałabym luz i tolerancję oraz jeśli wystarczyłoby miejsca, chociaż jedną czekoladziarnię. A wszystkim dziwakom przybijam piątkę!

BRZYDKIE MORZE > ŻADNE MORZE. PUNKT DLA OSTENDY

Wiadomo, że idealnie byłoby, aby europejska siedziba mojej firmy mieściła się w Lizbonie czy innej Barcelonie, ale właściwie każde nadmorskie miasto zawsze mnie cieszy, nawet jeśli jest tak brzydkie jak holenderskie Zandvoort aan Zee (wiem co mówię, mieszkałam tam ponad rok). Ostenda jest całkiem nijaka, więc poza wycieczką do supermarketu (po sałatę, chleb i hummus- przyp.red.) i dojazdem na szkolenie, darowałam sobie spacery ulicami, a każdą wolną chwilę spędzałam na plaży (to było pierwsze 15 stopni w tym roku!!). No i jak nie powiedzieć, że nie masz szczęścia, kiedy tęskniąc za psem, biegnie do ciebie golden retriver??

TO BĘDZIE NAJKRÓCEJ OPISANA ATRAKCJA BRUGII

No dobra, ten kto wymyśli, że Brugia to mała Wenecja, piękne miasteczko i miejsce KONIECZNE do odwiedzenia, powinien się conajmniej wstydzić (do głowy przychodzą mi inne określenia, ale mama może czytać, więc się pohamuję). Tak się cieszyłam, że nie pada (a w marcu w tej części świata to naprawdę zajebisty łut szczęścia). Taka byłam zadowolona, że porannym pociągiem będę na miejscu szybko, więc zdążę sobie pochodzić tu i tam, zjeść mój wyjazdowy lunch (sałata, hummus i chleb na ławce) z widokiem na romantyczną wieżyczkę czy inny kanał, a na koniec kupię sobie najlepszą w mieście czekoladkę i z dumą ją zjem. Dreams are Paris, reality is Bangladesh. Udręka spacerowania za niekończącą się ludzką stonogą, statki przecinające kanały dosłownie co 2 minuty i brak kawiarni, w której kawa kosztuje mniej niż 7 euro sprawił, że po godzinie i siku w Burger Kingu z radością wyjeżdżałam z tego miejsca, mam nadzieję, że na amen. Nie zrobiłam ANI JEDNEGO zdjęcia (aparatem), a swoje niezadowolenie wyraziłam na insta story. Zachowałam zdjęcie, które idealnie obrazuje mój nastrój w tej chwili. Nie przesadzam.

  • kurde. mam do zagospodarowania 1 dzień w belgii i mocno rozważam wyjazd do Brugii lub Antwerpii. Kilka dni temu czytałam raczej gorzką recenzję Antwerpii i szala przechyliła się na stronę brugii. A teraz?? Ale miszmasz mam w głowie po Twoich kilku ostatnich zdaniach! 😀
    ale co się dziwić? ile blogerów, tyle opinii.

    • No i idealnie to podsumowałaś, więc najlepiej pojedź i przekonaj się sama 🙂
      Brugia jest mała i mooocno turystyczna, więc jeśli lubisz miejsca, które są ładne mimo tego, że zatłoczone, to pewnie Ci się spodoba. Ale ja zostaję w #teamantwerpia (podeślij mi ten gorzki tekst 😀 )

Scroll Up