Amman – biała brama wschodu

In Podróże

Amman. Miasto sprzedawców, minaretów i manekinów o twarzach seryjnych morderców. Miasto pachnące kardamonem i smażonym masłem. Miasto położone jak Rzym, na siedmiu wzgórzach, ale Rzymu nie udaje. Miasto kanciastych mercedesów i kawy gęstej jak hummus, pitej z maleńkich, cieniutkich szklaneczek. Miasto rąk splecionych za plecami, gdzie zwinne palce wychwalają 99 pięknych imion Boga, pieszcząc wytarte drewniane paciorki. Krzykliwe ulice i wyciągnięte ręce – spróbuj, powąchaj, zobacz mój najlepszy sklep. Welcome to Jordan.

Biel i kurz betonowych fasad uspokajają wzrok. Na pierwszy rzut oka głośny i chaotyczny, Amman łatwo daje się oswoić, choć skrzętnie skrywa to, co najlepsze. Widoczna z każdego miejsca w mieście Świątynia Herkulesa (a raczej jej pozostałości), zbudowana za czasów Marka Aureliusza,  jest najlepszym azymutem i punktem odniesienia. Północna Jordania, w tym wzgórze, na którym znajduje się świątynia, pozostaje także największym na świecie skupiskiem rzymskich pozostałości. Jordańczycy mają jednak zupełnie inne podejście do historii i murów. Te, pomimo upływu czasu, zdają się nadal pełnić swoją uniwersalną rolę – skupiają ludzi, dają wytchnienie, są oddychającą częścią miasta, jego żywą materią. Tu beztroscy bez chłopcy grają w piłkę, mężczyzna zbiera zioła, a zakochane pary przysiadają na nagrzanych marmurach, wyczekując zachodu słońca. Nakładające się na siebie śpiewne głosy płynące z minaretów po każdej stronie Cytadeli tworzą w powietrzu idealną harmonię. Miód dla moich uszu, wychowanych pod topornymi dźwiękami kościelnych dzwonów.

Amman ospale budzi się do życia. Dobrą godzinę po wschodzie słońca ulice są puste. Kiedy docieram do centrum mam więc chwilę na kawę w jednym z niewielu otwartych jeszcze miejsc. Właściciel serwuje tu tylko mocną, arabską kawę mieloną z kardamonem, oraz sziszę. Już jeden mały łyk tej intensywnej mieszanki stawia mnie na nogi, dlatego po chwili udaję się do jednej z małych budek serwujących tu na śniadanie… falafel! Kanapka powstaje w mgnieniu oka: okrągły arabski chleb smarowany jest hummusem, na który lecą pomidory, ogórek (świeży lub kiszony) i kilka gorących kulek falafela rozgniatanych w palcach. Całość polewana jest pikantnym sosem (pan dla pewności sprawdza, czy wiem, na co się piszę), po czym na wierzch dokłada frytki. Następnie szczelnie zwija kanapkę  i do ostatniego kęsa nie wycieka z niej ani kropla sosu. Średnia cena tej przyjemności to 0,50 JOD, czyli ok. 2.50 zł.

Poranek to idealna pora aby sprawdzić lokalny targ! Odwiedzam Souk el-Bukharia, zlokalizowany w samym centrum i otwarty codziennie souk, najstarszy w Ammanie. Nazwany na cześć imigrantów z Bukharii w Uzbekistanie, którzy przybyli tu w poszukiwaniu lepszego życia. Cała Jordania z resztą składa się z grup migrantów i uchodźców, takich jak Syryjczyków (oficjalnie jest ich 1.3 mnl), Palestyńczyków (tych oficjalnie zarejestrowanych jest 2,3 mln), Irakijczyków (około miliona), a także Kurdów, Turków, Armeńczyków czy Libańczyków. I chociaż kraj uchodzi za najbardziej kosmopolityczny na Półwyspie Arabskim, urodzenie ma tutaj ogromne znaczenie. Więcej na ten temat tutaj oraz tutaj.

Targowisko podzielone jest na niepisane strefy: warzywa i owoce, mięsne (których nie udaje mi się ominąć, więc idę z wzrokiem wbitym w podłogę), z całą masą chińskich ubrań i plastikowych rzeczy, z kawą i pamiątkami z Morza Martwego. Jordańska gościnność po raz kolejny okazuje się faktem – z każdej strony dobiegają zapraszające słowa do spróbowania czegoś specjalnego. Welcome! Welcome to Jordan! Zaopatruję się w chałwę, ogromne worki z liśćmi herbaty, a także w kowbojki, prosto z Texasu, za całe 5 dolarów. Upychanie tego wszystkiego później w i tak przeciążonej walizce było olimpijskim wyczynem. Przyznaję sobie za to srebrny medal.

Starożytność trwale wpisana jest w krajobraz Ammanu. Jego nazwa wymieniana jest już w Starym Testamencie (jako Rabbat Ammon), po czym w III wieku p.n.e. zostaje przemianowany na Filadelfię. To właśnie w starożytnej Filadelfii w II wieku powstaje rzymski amfiteatr. Chociaż jego obecny wygląd to zasługa ogromnej rekonstrukcji z 1957r. (miasto leży w strefie sejsmicznej), zachowała się oryginalna scena i kilka bocznych ścian. Amfiteatr stanowi jeden z najbardziej charakterystycznych punktów w mieście i podobnie jak wzgórze Cytadeli, nie służy jedynie jako muzeum. Odbywają się tu koncerty, festiwale, wystawiane są sztuki, a na co dzień otwarty jest dla zwiedzających (wstęp zawarty jest w Jordan Passie, sprawdzanym na słowo honoru) i mieszkańców.

Centrum Ammanu nie grzeszy obfitością w parki, dlatego takie miejsca jak te świetnie nadają się na odpoczynek. Szczególnie po takim obiedzie jak ten:

W tej restauracji nie pyta się o menu, bo najzwyczajniej w świecie go nie ma. Kelner liczy dla ilu osób zastawić stół, po czym przynosi- czym chata bogata. Na początek wjeżdża mocna i słodka czarna herbata ze świeżymi liśćmi mięty. Obowiązkowo w mini szklaneczkach. Po chwili z ogromnej tacy prosto na stół kładzione są krążki arabskiego chleba, talerze z hummusem, babą ghanoush, hummusem z mięsem, falafelami i warzywami. W Hashem Restaurant, powstałej w 1952r. wszyscy jedzą rękami (wspaniałe czasy przed wirusem). Ponoć stołują się tam ważne Jordańskie osobistości, w tym rodzina królewska.

Z deserem również nie będzie problemu. Na każdej ulicy w centrum znajdziemy cukiernie miodem i masłem płynące. Kruche ciastka z kremem z daktyli śnią mi się do dzisiaj, a słodkie i lepkie hareeseh (powstałe z mieszanki semoliny i syropu cukrowego, najczęściej podawane z migdałami lub pistacjami) smakują obłędnie. Orientalnie, na co liczyłam. Moi towarzysze podróży zakochali się w knafeh – słodkim cieście z ciągnącym, lekko słonym serem, serwowanym na ciepło. Udało mi się także trafić (zupełnie z resztą przypadkowo) do ponoć najstarszego sklepu ze słodyczami w Ammanie! Chociaż nie znalazłam na to żadnego potwierdzenia, sklep rzeczywiście wyglądał na bardzo stary (jak i jego właściciel, przemiły siwy pan).

Spędziłam w Ammanie półtora dnia i wyjeżdżałam z lekkim żalem (chociaż teoretycznie miałam ogromne szczęście załapać się na jeden z ostatnich samolotów…). Przejechałam Jordanię z północy na południe: poznałam kilka miast, pływałam („pływałam”) w Morzu Martwym, zaliczyłam nocleg na pustyni, zobaczyłam Morze Czerwone i burzę piaskową, zjechałam na desce snowboardowej po wydmie, wygłaskałam sporą liczbę bezpańskich psów i kotów (oraz kilka pańskich wielbłądów) i to wszystko było doświadczeniem z grupy „wow!”, „mega!” i „!!!!!!!”, ale chciałabym wrócić głównie do Ammanu i okolicznych miast, bo czuję ogromny niedosyt. Ostatnim miejscem, które znalazła dla nas Karolina była ta kawiarnia (poniżej). Żeby do niej dotrzeć, trzeba wiedzieć o jej istnieniu, a wchodzi się betonowymi schodkami, za którymi jest tylko kilka kabli, mop, a w słońcu wygrzewa się rudy kot. Amman skrywa mnóstwo takich miejsc, dlatego czekam z ogromnym utęsknieniem na otwarcie granic.

W drugiej części skompresuję tydzień w Jordanii w jeden post, jak na prawdziwego Indianę Jonesa przystało!

Fot. The Adventure Seekers 

  • Czy ja mogę po raz setny wyrazić podziw dla Twoich zdjęć, tego jak potrafisz uchwycić ludzi i miejsca? Jestem psychofanką Twojego talentu, oka i spisywania uczuć na „kartkę papieru”.

    • Meg, dzięki!!!! <3 <3 Ja też szczerze bardzo lubię to, co Ty robisz!

Scroll Up
Inline
Inline